T2 Siwa Polana

Jest 3.08

W Strefie zmian wita
mnie bardzo miły Pan w żółtej pelerynie przeciwdeszczowej.

Dobre słowo na dzień
dobry, mimo że jeszcze nie dzień i od razu mam + 10 do
samopoczucia.

Wydaje mi się że jest
ciepło , ale to tylko złudzenie.

Jest około 5 stopni
pada lekki deszcz i to tylko kwestia czasu od tego aż silnik
wystygnie i zacznę się trząść. Dobrze znam ten stan.

Jestem ósmy i jakaś
mała satysfakcja jest, że mimo potwornego początku nie
zrezygnowałem.

Nie czuje się
wyjechany. Choć, co pewnie jest oczywiste roweru miałem już dość.

Najważniejszy etap
przede mną.

Dalej mam ambicje, a
godzina straty do lidera nie demotywuje. Nie napalam się na wygraną.

Szymczak, Sakuta,
Wasilewski mieszkają przecież na innej orbicie

W strefie zmian
niestety strasznie się grzebię . Rozprostowywanie ciała ,
pakowanie plecaka i podjęcie decyzji w czym iść zabiera cenne
36minut. Skutek nadmiaru wyboru i niezdecydowania. Na rajdzie by mnie
ta takie grzebanie zabili. Ale tym razem startuje solo. Bez nerwów.
A po 9 godzinach uciekającego spod koła asfaltu wydaje mi się że
czas wolniej leci.

Niestety mam tylko
jedną parę rękawic z membraną , którą właśnie całkowicie
przemoczyłem na rowerze. Mój supporter po nieprzespanej nocy za
kółkiem wygląda nie lepiej ode mnie, ale radzi bym ubrał się
ciepło, bo u góry może być ciężko. Mistrz dyplomacji z Nowego
Targu powtarza ów słowo jeszcze kilka razy, aż zrobi się zimno.

Wierzę góralowi,
widziałem prognozy meteo. Wiem też, co to gradient
suchoadiabatyczny.
Zakładam dwie warstwy i kurtkę przeciwdeszczową.

Pierwsze oznaki że
silnik wytracił temperaturę to znak sygnał, że trzeba iść.

Problemem są tylko te
rękawice. Mam tylko cienkie biegowe, które zimą podczas biegu na
10km wystarczą. Jednak w tych okolicznościach przyrody i po
powtórzonym przez Krzyśka słowie klucz „ciężko”- śmiem
wątpić. Krzysiek dorzuca
mi swoje samochodowe wampirki, życzy powodzenia i jedzie spać.

Byle do Ornaku i
pierwszy atak szczytowy.

Jest 3.44

Wychodzę solo. Dnieje.
Cichną oklaski witające zjeżdżających do Siwej Polany kolejnych
zawodników.

Ponieważ spodziewam
się wsparcia ze strony supportu dopiero w Murowańcu plecak wypchany
mam po brzegi. Zapominam jednak o dodatkowej butelce izo i jestem na
siebie wściekły. Dwa bidony na 25km, przy sumie przewyższenia
jakie mamy do pokonania na tym etapie to mało. Nagle z nieba znów
zaczyna kapać deszcz, a na środku drogi pojawia się ledwo
napoczęta litrowa butelka coli.

Przyjmuję to za omen,
że znudziłem swoją osobą już Hioba. Albo poszedł spać.

Biorę potężnego łyka
i zostawiam dla kolejnych spragnionych.

Do Schroniska w Dolinie
Chochołowskiej staram się truchtać. Jak zaczyna mnie przytykać,
przechodzę do treku wyrównuje puls i ponawiam ten zabieg. Mimo
lekkiego deszczu zdejmuję kurtkę.

Dość szybko doganiam
i przeganiam Piotra Krasnopolskiego objuczonego bagażem swym i
swojego supportera. Chłopaki mają dobry humor. Pozdrawiamy się i
życzymy powodzenia. Ja choć spragniony towarzystwa postawiam iść
swoim rytmem.

Już pod Grzesiem (1653
m ) robi się bardzo
zimno. Nie czekam, aż zimno wtargnie do mego ciała i zabezpieczam
się kolejną warstwą.

Jest mi ciepło. Mam
tylko jeden słaby punkt. Ręce. Ręce które przemarzły dzięki
swemu mądremu panu już swoje i są bardzo wrażliwe. Lodowaty wiatr
i deszcz ze śniegiem, a później śnieg w expresowym tempie mi je
wychładzają. Strasznie żałuję że nie mam jakiegoś worka
foliowego. Tym rajdowym patentem mógłbym sprawić sobie wiele
radości. Np skonstruować łapawice.

Koło Rakonia nadchodzi
mnie słabość. Kryzysuję. Idę niczym alpinista na Llothse.
Głęboki oddech i noga za nogą . Noga za nogą, hop, noga za nogą,
hop. Noga w kałuże. Uuu.

Pod skąpanym w chmurze
Wołowcem słyszę odgłosy dynamicznej pracy na kijach trekingowych
któregoś z konkurentów.

Nadciąga zawodnik o
wyglądzie wikinga. Zaraz mnie zje. Ciężko oddycham, na nic moja
walka kiedy kryzys i wyprawa na Llothse. Ukrywam się za skałą,
żeby nie zdmuchnął mnie wiatr. Postanawiam poczekać. Wespół
raźniej. Może się podłącze i wpatrzony w żelazne łydy
przeciwnika przeczekam słabość i nabiorę mocy.

Jest 6.40

Na szczycie Wołowca
(2064mnpm) tak wieje, że postanawiamy jak najszybciej z niego
uciekać. Niewiele widać, a na tabliczce informacyjnej brak
jakichkolwiek informacji w którą stronę na JarząbczyWierch.
Lecimy więc sposobem oczywistym – po śladach i czerwonym szlakiem.

Jest ślisko. Mimo
wszystko trochę odżywam i staram się zbiegać za współtowarzyszem.

Dość szybko zaczyna
się trudne podejście i Maksymowi Rupiecie – mojemu partnerowi od
liny bez liny, za to w krótkich spodenkach i adidasach zapala się
czerwona lampka. Pyta czy znam trasę.

Odpowiadam
dyplomatycznie( czego mi teraz strasznie wstyd) że wiem tylko, że
na 100% czerwonym. A tutaj proszę … pokazując na czerwone
malowanie na skale – czerwony jak się patrzy.

Brniemy więc na trudną
wspinaczkową grań Ostrego Rohacza (2088mnpm) , na którą już
kiedyś też wchodziłem i to zimą – za to asekurowany liną i
czekanem.

Ekspozycja robi się
coraz większa, tak samo, jak i nasze wątpliwości co do szlaku.

Trudności spore , a
już te łańcuchy nie pasują zupełnie do trasy biegowej „Granią
Tatr”

Kije trekingowe
bardziej przeszkadzają, bo do wspinania potrzebujemy teraz
wszystkich kończyn.

Po pewnym czasie – na
jakiejś półce skalnej – Maksym odpala w zegarku trackera. Jego
głębokie westchnięcie mówi mi już wszystko. Jesteśmy daleko
poza trasą. Musimy wracać na Wołowiec.

Nie ma jednak czasu na
rozpacz w poszukiwaniu straconego czasu. Zanim zaczniemy ratować
swoją pozycję w klasyfikacji zawodów najpierw musimy jednak jakoś
zejść. Łatwo nie jest. Zejście jest bardzo wymagające,
szczególnie dziś w tych zimowych warunkach. Pod górą czekają już
następni chętni do zdobycia Ostrego Rohacza. Skonfundowani tym, że
nie dziś, że teraz wracamy na trasę Hardej.

Rozdzwaniają się
telefony od zaniepokojonego organizatora, że pomyliliśmy trasę.

A mi dzwoni w głowie,
że już kiedyś to przerabiałem. Kurwa znowu – szepczę tylko do
siebie, żeby mnie nie wyśmiano.

W sporej grupie
upuszczamy tymczasowy base camp i wracamy na trasę.

Jest godzina 8 i znów
jesteśmy na Wołowcu. Maksym przeklina pomyłkę bo chciał w tym
roku poprawić wynik. Ja się nie odzywam. Szepczę pod nosem . Już
raz to przechodziłem (pomylenie trasy) i czerwienię się ze wstydu.

A może to ten
lodowaty wiatr?

Spadam z 7 na 18
pozycję. Pod Jarząbczym Wierchem (2115mnpm) spotykam sympatycznego
Pana co kiedyś miał brzuch a teraz go nie ma. Czyli Jędrka
Mackowskiego -supportującego swój team swimrunnerów. Udzielam mu
szybkiego wywiadu jak to mi linka spierdoliła pływanie i co ja w
ogóle wyczyniam z tym notorycznym gubieniem trasy.

Jędrek dobrym słowem
napędza mnie do walki i wyprzedzam całą czeradę zawodników.

Pod Starobociańskim
Wierchem (2172mnpm) nachodzi kryzys nr dwa. Znów jestem alpinistą
na Llothse. Maksym znika w chmurze.

Przez ten niepotrzebny
atak szczytowy na Ostry Rohacz zupełnie zapomniałem o jedzeniu i
piciu no i jest tego efekt.

Ręce mam już tak
zgrabiałe, że nie mogę złapać żela . Na szczęście mam jeszcze
zmarźnięte na kość batony. Dobre i to.

Na szczycie najwyższego
szczytu Tatr Zachodnich znowu lezę śladami mego wspinaczkowego
partnera bez liny, ale z brodą (Maksyma) i szukając szlaku zwiedzam
okolicę szczytu Starobocińskiego Wierchu.

Jest tak pięknie że
szkoda gadać. Jedyne co widzę to skały pod stopami pokryte
śniegiem. Widoczność na 20metrów.

Dopiero odgłosy ludzi
naprowadzają mnie na właściwą drogę

I znowu na zbiegu mijam
Jędrka ze swoją wycieczką. Jego oczy nie kryją zdziwienia i
poirtytowania, że znowu mnie widzi.

Jestem wkurwiony.
Przeklinam, że nie wziąłem mapy.

Zbiegam. Na rozstajach
dróg czekam mądrze na innych którzy mają trackery w zegarkach bo
sobie nie ufam za grosz.

Dopiero za Ornakiem
puszczam nogi i wprawiając w zdumienie turystów sprawnie zbiegam po
mokrej i trudnej technicznej ścieżce.

Schronisko na Hali
Ornak

Jest 11.20

Na Ornaku melduję się
jako 6 zawodniku. Planowałem być tu koło 9.30 .

Niestety wyszło jak
zwykle. Mam tendencję do spóźniania.

Do 5-go mam godzinę
straty. Sporo.

Fizycznie czuje się
świetnie. Na domiar dobrego na Ornaku są moi supporterzy, których
spodziewałem się zobaczyć dopiero w Murowańcu. Daga i Wojtek nie
pozwalają mi siadać napełniają bidony, poją zupą, dobrym słowem
i w ogóle nakręcają, że pomimo fakapu na Wołowcu to nie są
jeszcze stracone zawody. I ja im w to święcie wierzę.

Nawet słońce wychodzi
zza chmur, robi się ciepło .

Po kilkuset metrach
opuszczają mnie by się teleportować do Murowańca. I podobno
ostrzegają żebym nie szedł w lewo na połączeniu szlaków. Ja
tego oczywiście nie zarejestrowałem.. Euforia spowodowana ich
niezapowiedzianym przybyciem, wypowiedzeniem miliona słów i zupą
pomidorową całkowicie mi ów jakże ważną wiadomość przyćmiewa.

Zaciemnienie pod
Ciemniakiem

Pod Ciemniak podchodzi
mi się bardzo dobrze. Koniec euforii. Włączam tryb ekonomiczny.

Więcej mogę zyskać
na zbiegu.

Przypominam też sobie
gonitwę z edycji 2016 . Kiedy właśnie tu – wystawiony na mocno
operujące słońce – zapomniałem o piciu, co zaowocowało
odwodnieniem.

Spotykam jakieś
turystki których pytam czy widziały zawodnika przede mną.

Ich pozytywna odpowiedź
( że niby 30min, co nie mogło być prawdą ) dodaje mi animuszu.

Dziewczyny schodzą bo
słyszą nadciągającą burzę. Ostrzegają.

Ja czuję krew 5-go.
Ktokolwiek to jest. Zjem. Czuję moc. Mogę jeść i w burzy.

Wychodząc pod kopułę
szczytową znów zmienia się pora roku .

Wiatr. Mróz .Sypie
śnieg. Nic nie widzę.

Na Chudej Przełączce
(1850), którą biorę za Ciemniak (2096) cisnę w lewo w czerwony
szlak.

Tak jak zaznaczone jest
na prowizorycznej mapce.

Oczywiście nie czytam
oznaczeń na slupie informacyjnym.

W głowie mam tylko by
zmniejszać różnicę. Napierać.

No i napieram …tylko
w złym kierunku.

Biegłem przecież już
tutaj , tyle, że tym razem nie mam żadnego odniesienia w terenie.

Patrze tylko pod nogi,
bo skały śliskie, nieregularne i trzeba uważać.

Mój niepokój – że
coś za bardzo opuszczam się w dół – zamiast biec granią w
kierunku Kasprowego rozwiewają napotkani turyści, którzy
potwierdzają że „na Kondracką Kopę to tędy, a później jakieś
odbicie z polany itp. Na chwilę napięcie puszcza. Czy ja już
pisałem, że sobie nie ufam ?

No to pędzę. Robi się
ciepło i przyjemnie mimo padającego deszczu ze śniegiem.

W końcu staję bo nie
gra mi tu teren kompletnie. Lasy na grani? Ciepło? Za długo w dół.

Spotykam kolejnych
turystów którzy na mapie pokazują mi gdzie zbiegłem.

Wiedzą o zawodach i
chyba zrobiło im się mnie żal. Oferują wodę i czekoladę.

Stoję jak wryty.
Dziękuję , ale nie przełknę.

Zrobiłem kilka km i
700metrów deniwelacji totalnie bez sensu.

Już się nie
czerwienię ze wstydu. Blednę i chowam w rękach twarz. To już
koniec ścigania.

Dopiero teraz
uświadamiam sobie, że przecież mam telefon schowany głęboko w
plecaku .

Wsadziłem go tam w
celach jedynie awaryjnych.

No to teraz mam awarię
jak się patrzy. Widzę sporo nieodebranych połączeń i wiele
znaczące komunikaty z messengera typu „Gdzie Ty leziesz?” „źle
biegniesz” itp.

Oddzwaniam do supportu.
Wojtek nie pyta dlaczego to zrobiłem i gdzie podział się zdrowy
rozsądek. Jedyne pytanie to to: czy po mnie podjechać bo mam już
tylko 2km do Kir.

Jestem bliski rzucenia
rękawicy, bo przyjechałem się na Hardą ścigać o wysokie miejsca
a nie na walkę z limitem. I może bym i zakończył wtenczas te
zawody, gdyby nie świadomość, że klucze od mieszkania,samochodu i
ciepły ciuch mam w depozycie na mecie. Czyli w Morskim Oku . Muszę
się tam zatem jakoś doczołgać.

Ale wpierw powrót do
punktu zero czyli do Chudej Przełączki na (1850mnpm)

Powoli niosę swój
krzyż . Mimo parcia pod górę, wiatr, grad i cierpienie wyciągają
ze mnie resztki ciepła.

To że jestem załamany
jest chyba jasne. Prawie nie czuje rąk . Od strony zawietrznej

zakładam na dłoń
buffa abym zupełnie nie odmroził sobie palców.

Spotykam schodzący w
stronę Kir support Michała Juchy. Zdaje się, że chłopakom też
jest zimno. Współczują. Nie mają jednak dodatkowych rękawiczek
którymi mogliby poczęstować cierpiętnika.

Utrzymanie temperatury
to teraz dla mnie sprawa numer jeden. Zwiększający się wraz z
wysokością ziąb budzi we mnie coraz więcej wątpliwości, czy
powrót na trasę był rozsądną decyzją.

Gdzieś po drodze mijam
inny team który również pogubił trasę . Nie jestem jednak w
stanie poznać co to zawodnik. Tak mocno jesteśmy poopatulani.
Wymijam chłopaków. Nie poznaję nawet Chudej Przełączki na której
byłem dwie godziny wcześniej . To co się dzieje ze mną teraz jest
jak sen. Zły sen. Oczy mam ledwo otwarte. Grad wali po oczach. Wiatr
wdziera się pod kurtkę. Staram się tylko nie zejść z czerwonego
szlaku.

Przypominają mi się
pytania od dalszej rodziny i znajomych a propo mych dziwnych
aktywności : „Czy mi za to płacą?” i nawet się uśmiecham.

Na Małączniaku (2096)
z ulgą stwierdzam, że jestem na właściwej drodze.

Już nie zginę. Nie da
się . Czerwony szlak granią przez Czerwone Wierchy prowadzi tylko
na Kasprowy.

Jeśli teren pozwala
truchtam. Turyści informują że do Kasprzaka daleko. 3 godziny.

Telefon dzwoni od
jakiegoś czasu non stop. To bardzo denerwujące. Bo nie mam jak go
szybko odebrać. Smartfon schowany przed zamoknięciem , a ja mam
problem żeby złapać za suwak plecaka , nie mówiąc już o
zwolnieniu blokady w telefonie . Udaje mi się to dopiero za którymś
razem kością paliczka. Oddzwaniam do supportu że w Murowańcu będę
za półtorej godziny. Daga z Wojtkiem się martwią bo mój gps stoi
w miejscu.

Prawie nic nie jem i
nie pije. Nie czuje. Wykonuje. Jestem zahibernowany. Nie wiem po co,
ale lecę. A nie… wiem – przecież te kluczyki w Morskim Oku.

Na zbiegu do Murowańca
spotykam Wojtka. Nie komentuje, nie lituje się . Pyta jedynie o to,
czego potrzeba.

Nawet na sekundę nie
stajemy w schronisku o czym tak mocno na grani marzyłem.

Wyraz twarzy mijanego
kolejny raz swimrunowego Jędrasa – bezcenny.

Ostatnia prosta, to
też trudna sprawa.

Jest 17.30

Okazuje się że, w
związku z ciężkimi zimowymi warunkami na przełęczy Krzyżne
(2112mnpm) trasa zostaje zmieniona zmieniona . I do Morskiego Okaz
pobiegniemy teraz ciut dłuższą drogą przez Rówień Waksmundzką.
Reaguję na to wzruszeniem ramion. Chcę tylko ukończyć ten
zawalony już start i wziąć gorący prysznic.

Wojtek i Daga biegną
ze mną. Nawigują. Zgubienie drogi, dla dla mnie przecież pryszcz.

Ja mam tylko skakać po
śliskich kamieniach . Napierać do przodu.

Zielony szlak na Rówień
jest bardzo rzadko uczęszczanym szlakiem. Bnie się przez niego jak
przez dżunglę. Jest mało biegowy no i trudno cokolwiek po drodze
jeszcze jeść . Aby cokolwiek przełknąć i nie złamać sobie nogi
muszę stawać. Daga nadaje tempo , Wojtek mobilizuje do dawania
długich susów. Temperaura w porównaniu z tym co na górze to
tropik. Skronie pulsują, a oczy dziwnie zachodzą mgłą. Co rusz
proszę o zwalnianie tempa. Bezlitosna informacja o tym, że to mety
jeszcze 3,5 godziny to dla mnie cios. Jest mi źle. Ochota do walki
już żadna. Ciągnę się więc jak zoombi za mymi kompanami. Byle
do asfaltu. Tam w końcu skończy się czas skakania po kamorach i
korzeniach. Asfalt choć łaskawszy dla nóg jest bezwzględny dla
głowy.

Nie jestem w stanie
podbiegiwać dłużej niż 20 sekund. Wojtek jeszcze wymyśla, że
kogoś gonimy, ale no way … ja już nikogo nie gonię. Przegoniłem
dziś siebie kilka razy. W tym dwa razy totalnie bez sensu.

Dziś wiem, że choć
ambicje miałem, by znaleźć się wśród profesjonalnie
przygotowanych wysoko, to już przygotowanie logistyczne było jak u
nowicjusza i amatora. A z Hardą tak się nie da … że jakoś się
uda. O nie. To trzeba zaplanować krok po kroku . I krok po kroku
uciekać by Cię Harda nie pożarła.

Jest 20.30. Wspólnie
dobiegamy do mety.

Daga, Wojtek, Krzysiek
(support) Paweł (rower) Kuba (kwatera) / Dziękuję