Piąty dzień po
zawodach. Ciało już sprawne. Jedynie palce u rąk wciąż mam
zdrętwiałe. Proces rozmrażania w toku. Tylko głowa ciągle nisko.
To nie tak miało być.

Harda Suka Ultimate
Triathlon Challenge
to bez wątpienia najtrudniejsze solowe
zawody w tym kraju.Ekstremalny triathlon, w którym do
pokonania jest 5 km pływania po Zalewie Orawskim,225 km
wokół Tatr na rowerze i na deser 55 km biegu granią Tatr. No i
jeszcze jeden wymiar – wg mnie nie mniej ważny, 8000 metrów w
górę.

W sobotę, 22 czerwca,
o godzinie 20:30 ukończyłem go po raz drugi. Tym razem na 13.
pozycji. Nie jestem jakimś nadczłowiekiem, ale pokonanie ponad 285
km to nie jest dla mnie coś niesamowitego. Kiedyś pewnie cieszyłbym
się tym strasznie, ale teraz nie. Startowałem już w dłuższych
zawodach adventure racing. A w długich zawodach ścigam się od lat
i samo ich ukończenie nie przynosi mi już satysfakcji. Ambicje mam
większe. Chcę się ścigać. Zdaję sobie sprawę, że z roku na
rok podnosi się poziom w zawodach wytrzymałościowych i coraz
więcej mocarnych zawodników trenujących jak profesjonaliści
osiąga niesamowity poziom sportowy. Ale w Hardej Suce liczy się
jeszcze coś, co trudno wytrenować triathloniście. Głowa. Ją
trzeba nauczyć, że można napierać kilkadziesiąt godzin bez
względu na warun – non stop. Na treningu tego nie zrobisz. I to w
tym aspekcie upatruję swej największej szansy. Na rajdach odebrałem
wiele lekcji.

Mocno przepracowałem
też kilka ostatnich miesięcy przed startem, co z nadzieją każe mi
patrzeć na silnik – płucoserce i nogi. Impulsem do cięższych
przygotowań okazał się kwietniowy Dziki Groń – czyli 64 km
ultramaraton w Szczawnicy. Dalekie miejsce pokazało mi moje miejsce
w szeregu.

Od tego czasu tylko
praca, trening i cel. Imprezy kuszą, życie kusi, ale nie.

Bo na końcu tego
k…ieratu wisi marchewka. Dobry wynik. Nie jestem pro, nie znoszę
drylu, ale taki cel wprowadza trochę porządku w chaosie mego
żywota. Nie liczyłem, że zrobię tą trudną trasę w 24 czy 26 h.
Takie założenia nie mają sensu, bo to pogoda w górach rozdaje
karty. Nie znałem większości nazwisk na liście startowej, ale
wierzyłem jednak, że zakręcę się koło TOP 5-10. Że pokażę
się w końcu z dobrej strony i dostanę stempel od Hardej oraz
siebie – „good job”. W 2016 roku pomimo pomylenia trasy, byłem
7., a całość ukończyłem w 23 h. Tyle, że z powodu burzy na
grani trasa została mocno skrócona o bardzo trudny i długi
fragment, który zwykłemu turyście zajmuje 12 h. (Dolina
Chochołowska – Grześ – Wołowiec – Starobociański Wierch –
Ornak)

Tym razem miało być
inaczej. Tym razem miałem iść bez omyłek.

Start – Slanicka
Osada

Piątek, godzina 14.
Jest rześko i wietrznie.

Razem ze startującym w
zawodach Michałem Juchą i jego supportem docieramy na miejsce
startu.Na małym parkingu strasznie dużo ludzi. Całe busy z kilkoma
rowerami, iluś tam osobami w rolach supporterów. Jak na Tour de
France. I ja sam na sam ze swoimi myślami oraz małym plecaczkiem.
Jest mi ciężko, bo nie za bardzo mam z kim porozmawiać, a tym
samym zabić jakoś przedstartowy stres. Na szczęście supporter
Wojtka Dębickiego pomaga mi dopiąć piankę i jako jeden z
ostatnich lecę boso na pomost, skąd zabierze nas statek na środek
akwenu.

Na statku uspokajam
się, że przecież już raz płynąłem ten dystans, więc nie ma
się czego bać. Z pokładu widać nawet baner, na który mamy
płynąć. Fala z zachodu i nie taka duża. Jest dobrze. Spotykam też
wyluzowanego i zawsze uśmiechniętego ultrabiegacza Jarka
Felińskiego. Chwilę rozmawiam z prawie spóźnionym Markiem
Szymczakiem, że nie ma tu się co podpalać, bo minuty zyskane w
wodzie, to kropla w morzu czasu, jaki spędzimy na trasie Hardej.

Skaczemy do wody

Wielkie wrażenie robią
na mnie przerażone oczy Ewy Trzetrzelewskiej,
która podczas swego skoku zgubiła okulary. Chłopaki próbują
nurkować by je odnaleźć. Ja się na to wszystko patrzę jeszcze z
pokładu i mocno jej współczuję, bo nie wyobrażam sobie płynięcia
5 km bez okularów (dopiero później dowiaduję się, że ktoś dał
jej zapasowe).

Gwizdek

Tak naprawdę dopiero
na gwizdek serce zaczyna mi bić swoim rytmem. Na spokojnie, wręcz
leniwie, przekładam rękę za ręką. Staram się zlokalizować mały
biały domek, na który najlepiej nawigować – o którym wspomniał
mi kolega i rywal Kamil Ostapski.

Co prawda widzę
odpływające niczym małe pomarańczowe torpedy boje ratunkowe, ale
w ogóle się tym nie przejmuję. W tym roku ze względów
bezpieczeństwa organizator każe nam z nimi startować. To
oczywiście rozsądne. Ale to, że tuż przed startem wydłużyłem
sobie pasek od tej bojki – by holować ją za sobą, już nie. Fala
co rusz pęta mi ów paskiem nogi. Aby jakoś płynąć muszę wtedy
kopać mocniej i nieregularnie. Strząsnąć z nogi tę muchę.
Trzeba się jakoś z linki wyplątać. Łatwo więc przewidzieć
(teraz i z poziomu lądu), jakie to będzie miało skutki. Skurcze
nadpływają jak rekin w „Szczękach Jeden”. Szok. Kto doznał
tego na basenie trochę już wie. Kto odczuł ten stan na akwenie
otwartym, gdzie fala kołysze i brzeg daleko wie lepiej. Pojawia się
strach. Nie panikuję, to dla mnie nie pierwszy raz, choć zawsze
boli tak samo. Ze łzami w oczach staram się wbić palce w łydkę,
w którą mnie chwycił skurcz. Mam gdzieś, czy zrobię dziurę w
piance. Jedyne czego pragnę – to by puściło. Puszcza, ale łyda
jak to po takim zdarzeniu – jest jak z betonu. Czuję jakbym ciągnął
za sobą kikut. Jakbym wyszedł od dentysty, który zamiast w dziąsło
wbił igłę gdzie indziej. Oczywiście paska nie skracam i tą
czynność powtarzam. Do bólu. Dosłownie. Tym razem skurcz łapie w
drugą łydę. Mam to już jednak przećwiczone. Wiem co zrobić, aby
puściło. No więc teraz płynę z odwłokiem. Przynajmniej wiem
dokąd. Fala kołysze, biały kropko-domek trochę większy. Dobre i
to. Problemu paska jednak nie rozwiązałem i żeby się z niego
wyplątać angażuję mięśnie dwugłowe. Rekin nadgryza mnie i tu.
Boli jak diabli. Przerzucam się na plecy, wydycham szybko powietrze,
wpatruję się w chmury i dumam co teraz. Przecież nie mam już nóg.
Z zamyślenia wyrywa mnie mocne szarpnięcie i kilka bluzgów
konkurenta, który wpływa w moją boję i mi ją zrywa. Chwilę
patrzę jak znoszona przez fale odpływa na wschód. Płynę po nią,
bo domyślam się, jaką konsternację wzbudziłaby samotnie
dryfująca boja wśród kajakarzy. Trochę skracam pasek i ratuje się
myślami, że czasem zza fal widzę już mały baner Hardej. Do mety
jeszcze sporo, ale na ten widok serce rośnie.

Moje nogi ciągnę za
sobą jak materac. W proces holowania angażuję lędźwie. Ponieważ
Hiob wybrał mnie na swego przedstawiciela na tych zawodach, z pokorą
przyjmuję nasilający się nie wiadomo (wiadomo?) skąd ból pleców.
Do brzegu docieram po 1 godzinie i 40 minutach – z 20 minut gorszym
czasem niż dwa lata wcześniej. Pogięty, przykurczony jak
dziadziuś, ale szczęśliwy, że to koniec pływania. I koniec
wyplątywania się z pęt Hiobo-boi.

Strefa zmian T1 –
Ustie nad Prehradou

Jest 14 stopni i wieje.
Przysłonięte ciemnymi cumulusami niebo nie zwiastuje niczego
dobrego. Na szczęście w strefie zmian czeka na mnie mój supporter
– wyprawowy kompan – szczery do bólu ratownik GOPR – Krzysiek
Mroszczak. Chłop ma żonę w ostatnich tygodniach ciąży, więc w
sumie to różnie mogło wyjść z tym jego przyjazdem. Ale jest.
Uff. Pierwsze kilometry na rowerze mijają mi na próbie włączenia
licznika Garmin Edge. Widzę tylko jakieś wykresy/pierdoły, a mnie
interesuje tylko, ile km już za mną , ile przede mną i z jaką
prędkością jadę . Ale nic z tych rzeczy nie udaje mi się ustawić
i po dwóch zjazdach na pobocze odpuszczam. Jadę bez licznika. Tak
zwane swoje. Jest mokro. Na pierwszym zjeździe nie szarżuję. Nowe
opony, które założył tuż przed zawodami do swojego roweru kolega
siłą tarcia nie rażą. Jadę oczywiście na pożyczonym od Pawła
Gorczycy rowerze. Tak kończą ludzie niezdecydowani, którzy przez
dwa miesiące przebierają setki ofert i nie mogą podjąć decyzji o
zakupie nowego. Cały ja, którego nie lubię.

Jak już wspomniałem z
wody wyszedłem pogięty i obolały. Ten stan na rowerze się tylko
pogarsza. Jadę wolno. Staram się znaleźć optymalną pozycję na
trochę za małym rowerze. Na podjeździe pod Ząb z uśmiechem na
twarzy mija mnie czarny koń imprezy w czarnych kompresach, czyli
Maciek Otręba. Wszystko się zgadza. Moje oczy – pozycja na
rowerze – nie mogą kłamać. Wyjeździłem tysiące bezbolesnych
kilometrów, a teraz bolą mnie plecy i to tak bardzo, że chcę
zejść z roweru. Za chwilę to samo robi Kamil Ostapski. Ten jednak
ma poważną minę. Wiem, że liczy na wysoką lokatę. Nie przynosi
mi to ulgi. Zdaję sobie sprawę, ze przyjęcie leków
przeciwbólowych może spowodować perturbacje żołądkowe, więc
ich nie biorę. Systematyczne dolewanie paliwa na długich zawodach
to kluczowa i prosta sprawa. Nie tankujesz, nie jedziesz. Mam jednak
coraz większy dylemat, czy jechać właśnie. Co chwila się
prostuję i jedyną ulgę przynosi mi zejście z roweru. Znowu pada.
Muszę się przebrać. Za chwilę zjazd z Bukowiny do Łysej Polany.
Robi się mokro i chłodno. Krzysiek słysząc moje jęki bezlitośnie
oświadcza, że to ostatni moment żeby się wycofać. Że później
to bez sensu, bo do domu daleko. Więc, albo jadę i zaciskam zęby,
albo przerywamy zawody i jedziemy oglądać mecz. Kalkuluję.
Wychodzi mi jednak, że za dużo czasu kosztowały mnie
przygotowania, żeby tak łatwo odpuścić. Nie takie rzeczy na
rajdach znosiłem. Naciskam na korbę. Kontynuuję. W okolicach Łysej
Polany wymijam kilku zawodników, którzy zakładają nocne,
cieplejsze „pidżamy”. Na długiej prostej do miejscowości
Tatrzanska Kotlina staram się grzać i ile tylko można i jak
najdłużej leżeć na lemondce. Działa to trochę przeciwbólowo,
ponieważ przy ok. 50 km/h i mokrej jezdni mój umysł wypełnia
jedynie skupienie by nie wjechać w coś, co może zakończyć moje
zawody. No i w końcu jadę na pożyczonym rowerze. To też
zobowiązuje.

Zmierzcha

Nadchodzi więc chwila
prawdy dla chimerycznej lampki. Wg porannych statystyk mam 30% szans,
że się zaświeci. W razie czego mam też zapasową w aucie, ale nie
o takiej mocy. A wiem, jak ważne jest mocne światło na zjeździe
po dziurawej drodze. Na podjeździe do Strbskiego Plesa wyprzedza
mnie Piotr Krasnopolski. Nie wiem, ile jadę, nie znam kolarskich
możliwości Piotra, ale widocznie za słabo. Trochę mi to podcina
skrzydła, bo być wyprzedzanym na 90. kilometrze jest złym
prognostykiem. Około setnego kilometra zapominam, że boli. Nie
czuję kryzysu i staram się by Piotr nie odjechał mi za daleko.
Ciągle widzę migające światełko jego roweru. Celem więc jest
bym je w ogóle widział.

115km. Kolejny pit
stop. Bo przede mną teraz długi, blisko 50 km, zjazd do
Liptowskiego Mikulasa. Trzeba założyć kolejną warstwę. Jest ok.
6 stopni i bardzo duża wilgotność. Wyprzedzają mnie kolejni
zawodnicy. Kolacja. Kanapkę z kotletem przegryzam bananem – nie
polecam, ale też nie wybrzydzam. Naleśników mam już trochę dość.
Taktyka na zjeździe to jechać, ile rozsądek podpowiada. Wydaje mi
się, że nawet nieźle jadę, bo dość szybko doganiam tych, co
mnie wyprzedzili podczas pit stopu. Niestety to jedynie efekt
przeciwnego wiatru, bo jak zobaczyłem po zawodach, były to tylko
okolice marnych 40 km/h. I to na długim zjeździe!

Nadchodzi północ

No więc jadę przez
Mikulas drugi raz. Drugi raz w życiu. Panuje tu o wiele mniejszy
ruch niż w 2016. Temperatura i deszcz jak widać skutecznie
wystraszyły imprezowiczów. Na wyjeździe z miasta tracę kontakt z
suportem, co przyprawia mnie o niepotrzebne nerwy. Bo jak już
wspomniałem bez paliwa daleko się nie zajedzie. A moje paliwo na
prawym siedzeniu pasażera w Oplu. Zmniejszam prędkość do
minimalnej i nerwowo wiercąc się w siodełku czekam na Krzyśka.

Ale go nie ma.
Wyprzedza mnie Wojtek Dębicki, z którym to na ostatnich kilku
kilometrach biegu stoczyłem przegraną batalię o 6. miejsce w
edycji 2016. Chcę trochę pogadać, bo już mi się nudzi to samotne
mielenie korbą. Kolega ma jednak minę nietęgą i rozmowny raczej
nie jest. Albo to te słuchawki. Nie wiem. Gdy tylko nadjeżdża
Krzysiek decyduję mocniej nacisnąć i dość szybko urywam się
Wojtkowi. Nie żebym chciał odjechać, po prostu jadę tzw. swoje.
Nie znam swojej lokaty. Nie znam prędkości z jaką się
przemieszczam, wiem za to, co oznacza znak, że trzeba założyć
łańcuchy. Zaczyna się długi mozolny podjazd pod Zuberec. Rozpinam
kurtkę. Blisko 10% nachylenie utrzymujące się przez kilka
kilometrów podgrzeje każde udo. Wjeżdżam na spokojnie, bez
podpałki mielę na największym młynku. Gdzieś na którymś z
zakrętów widzę lampkę zawodnika przede mną. Napawa mnie to nawet
nadzieją, że nie jest tak źle. Ale serpentyny górskie nie dają
dobrego odniesienia. Może być km przede mną, a może być i ze
trzy. Pada. Do mety etapu zostało już tylko około 40 km. A ja
czuję się o niebo lepiej niż na początku etapu. Znowu wydaje mi
się, że zjeżdżam bardzo szybko, ale Krzysiek kiwa tylko głową,
że jest zupełnie inaczej i w ogóle nie wykorzystuję możliwości,
jakie daje taki zjazd i jego długie światła rozświetlające mi
drogę przed. Hmmm. No dobra, przyjmuję uwagi, ale nie akceptuję.
Wg mnie dobrze jest.

Dojazd
do Chochołowa to już tylko formalność. Choć tak jak i dwa lata
wcześniej ostatnie kilometry trwają całe wieki.