Zdzisław Filipowski

2019 rok był niesamowity 🙂 , pod każdym względem, ale tutaj skupię się na dokonaniach sportowych.  Sezon zaczął się już w 2018 kiedy z dwoma kolegami Radkiem i Kazkiem zapisaliśmy się na IM Italy tzn Aga nas zapisała.  My niekoniecznie chcieliśmy , no ale wakacje gdzieś trzeba spędzić i dlaczego nie we Włoszech :). A poza tym tego slota gdzieś trzeba złapać. No i się zaczęły przygotowania, obozy, imprezy, hulanki i swawole.

Przed sezonem triathlonowym, sprawdzałem formę kolarską na dwóch wyścigach: w Pabianicach i w Łasku.  Nie wdając się w szczegóły było dobrze, a nawet bardzo dobrze 🙂

Sezon tri zacząłem od Ślesina, ustanawiając nowe PB na ¼  2,16:55 i zdobywając mistrzostwo Klubu  (wiecie jakiego 🙂 ).  Następny sprawdzian to ½ w Suszu. Wynik z poprzedniego roku wyżyłowany, więc nie było łatwo, no  ale, w końcu nie pojechałem tam dla przyjemności 🙂 . Zdarzyło się że w Suszu było chłodno i nabiegałem wszystkiego  4,52:17, poprawa o ok 7 min i jest banan na twarzy, forma rośnie IM Italy się zbliża. 

Później dla rozluźnienia i wyrównania rachunków z Radkiem, była Bydgoszcz na ¼ i tam identyczny wynika jak w Ślesinie 2,16:55 i Radek za mną co było celem wyprawy :).

Warto też wspomnieć o GIT Brodnica, gdzie było ostatnie przetarcie się w zawodach przed  wyjazdem do Włoch, bo stanąłem na podium w AG, wiec znów banan na twarzy i ciekawość wyniku na IM.

No i przeszedł start docelowy w Italy. Trasa objechana, pływanie w morzu zaliczone, browary  wypite, teraz tylko pospać :). Rano pobudka, do strefy zmian itd….

Na start poszliśmy razem w trójkę (Radek, Kazek i ja) i wystartowaliśmy  z jednej linii żeby się mieć na oku ;). To był mój pierwszy start w morzu i to tak słonym, obawiałem się że będzie odruch wymiotny , ale było ok, wyszedłem po 1:05:25 więc wstydu nie ma :). I biegiem do roweru.

 Szybka zmiana i z rowerem za belkę, dawaj. Powiem wam, że miałem buty wpięte w pedały i skok na rower i zapięcie butów wyszło profesjonalnie ( dzięki Łukasz). Rower minął szybko, dwa wjazdy na górę i zjazdy, wyszło 5:08:07. Kurde myślę za szybki  rower, będę zdychał na biegu.

Po zmianie w t2 z gorzką herbata w ręku (dzięki Radek) lecę na bieg. Miałem zacząć od 6,00 ale nie dało się, wiec zacząłem od 5,40 i czekam na kryzys. Przychodzi  3 km a tu nic, banan mi nie schodzi z twarzy, nogi ok, oddech ok, na 4 km punk kibicowania naszej Bandy, morda się cieszy , ciary przechodzą (były transparenty i nagłośnienie ), no wszystko jak z bajki. Więc zaczynam cisnąć, bo w końcu przyjechałem po slota no nie :). Na 30km pozwoliłem sobie na przejście do chodzenia, bo na razie nie wyobrażam sobie żeby cały biec  ;). Bieg wyszedł 3:43:06 a całość 10:06:25. 

Wynik dla mnie (i chyba nie tylko)  pełne zaskoczenie, obstawiałem w snach 10.30.00. Do slota zabrakło 50 miejsc, albo trochę mniej niż 40 min. Patrząc z perspektywy czasu to nie jest dużo, bo jak poprawiłem swój PB o więcej niż godzinę z roku na rok, to 40 min, nie jest problemem 🙂

No i taki był 2019, ale nie był by taki jakby nie moja Żona, która jest/była na każdych zawodach jako kibic i support , wspiera w treningach, za co serdecznie chciałbym jej podziękować.

W 2020 o slota nie walczę, ale IM robię w Borównie i cały czas gdzieś chodzi za mną Harda Suka i nie chce odpuścić . 

Marcin Kopeć

Nie jestem zawodowcem i nigdy nim nie będę. Jestem amatorem, ambitnym i zawziętym, ale aż amatorem. Robię to co mi sprawia przyjemność i daje dużą dawkę endorfin…tj. uprawiam Triathlon. Przygoda Tri zaczeła się w moim przypadku startem zupełnie od czapy w Bydgoszczy na dystanie ¼ IM w 2017r. Dotąd właściwie tylko biegałem i wciągnąłem się w starty w biegi z przeszkodami – Runmageddony, Spartan Race czy Łódzka Bitwa o Łódź (w wydaniu zimowym – Wim Hof się kłania). Niejako naturalnie poprzeczka poszła o stopień w górę gdy z bratem rozmawialiśmy o planach na przyszłość i stwierdziliśmy, że w sumie takiego IM to możnaby zrobić… no i tak padło właśnie na Tri i decyzja o starcie w Bydgoszczy. Biegałem nieźle, pływać umiałem, na rowerze przecież przejadę – przecież to pestka. Wystartowałem w tych zawodach na pożyczonym od Jarka (mojego brata) oldscoolowym rowerze. Pierwsza niespodzianka na pływaniu bo mnie przytkało i popłynąłem żabką, druga niespodzianka na bieganiu bo poraz pierwszy zdażyły mi się takie skurcze. Ukończyłem i byłem dumny, ale wiedziałem, że bez wsparcia osoby która się na tym zna nie da rady. W ten sposób trafiłem do swojego Trenejro Ludwika Sikorskiego. 2018 zleciał na nauce pływania (od nowa), na jeździe na rowerze (też wypadało nauczyć się od nowa) i bieganiu.  Obfitował w nowe doświadczenia, życiówki, nowych przyjaciół i bycie wsparciem dla Jarka w jego starcie w Ironmanie w Hiszpanii. Wiedziałem już że chce wystartować w IM ale jego start przypieczętował tą decyzję. Jeszcze w październiku w 2018 dałem Ludwikowi znać, że chce wystartować i że będziemy mieli prawie rok na treningi bo start wyznaczyłem sobie na Sierpień w Tallinnie. Nieprzypadkowo bo akurat dzień startu zbiegał się z moimi urodzinami i chciałem sobie zrobić prezent z tej okazji – jako zodiakalny Lew jestem próżny… 

Wyznaczyłem sobie plan na 2019 i zaczęliśmy z trenejro właściwie w Październiku 2018. Po drodze wrzuciliśmy parę startów kontrolnych – miał być półmaraton Pabianicki, maraton DOZ w Łodzi, Ślesin, ½ IM Susz, ¼ Enea Bydgoszcz i IM w Tallinnie. Treningi wchodziły zacnie. Nauka pływania szła coraz lepiej, siła na rowerze wzrastała. Uświadamiałem sobie do czego jest zdolny mój organizm. Gdzie mogę jeszcze trochę przycisnąć. Aż do momentu naderwania mięśni łydki w trakcie treningu… nie przez brak rozgrzewki, to już było pod koniec biegania…w trakcie wydłużania kroku biegackiego, przez własną głupotę…popisałem się i za bardzo szarpnąłem. Ukłuło i tyle. Trochę noga bolała, ale przechodziło. Kolejny trening biegowy miałem 21km w luzie. Poszło…poszło nawet dobrze bo nic nie bolało. Potem jakiś rower…tu było w porządku…pływanie też. Aż nadszedł trening w Crossie i tutaj zabolało! Przy zbiegnięciu z twardej nawierzchni na piasek, zaczeła mi się łydka odzywać. Coraz bardziej bolała. Utykałem w trakcie biegu. Pierwszy raz od Bydgoszczy przeszedłem w trakcie biegania do marszu. Niemożliwe, sobie powiedziałem… a jednak! Do domu miałem 1,5km do przejścia. Zaciskając zęby i bluźniąc pod nosem, doszedłem do domu i zadzwoniłem do zaprzyjaźnionego fizjoterapeuty Kuby Olejnika. Tego samego dnia mnie przyjął, zrobił badania i stwierdził, że naderwałem mięśnie w łydce. Zajefanie, no nie… było jeszcze lepiej, bo na 2 tygodnie przed startem w półmaratonie w Pabianicach. Jedno co mogę powiedzieć, to to, że Kuba jest fachowcem. Poskładał mnie do kupy w ciągu dwóch tygodni. Mogłem biec. Trenejro mówił żeby odpuścić start a ja nie byłem pewien. W końcu chciałem się sprawdzić na tym dystansie, ale ziarno niepewności zostało zasiane. Na ostatniej wizycie w Kuby spytałem się czy mogę wystartować, na co Kuba powiedział, że tak, bo łydkę mam całą, ale najpewniej w ciągu miesiąca po zawodach spotkamy się z kontuzją kolana albo biodra. Przekonali mnie. Start w Pabianicach przepadł, odpuściłem start w DOZ-ie bo był inny cel. 

Noga się zagoiła, treningi wychodziły, czasy się poprawiały. Sezon zacząłem startem w Głowno Gold Race na dystanie 57km. Potem start wspólnie z moimi chłopcami w Płocku. Wbiegnięcie na metę za synami – najlepsze co może być. Kolejny start był w Suszu na dystansie ½ IM. To już nie było mizianie, tu trzeba było podejść konkretnie do tematu…ale można było też spierdzielić. Pływanie wyszło mi fajnie, pogoda dopisała, na rowerze czułem się na tyle dobrze, że przestałem uważać na żywienie podczas jazdy. Po 40km czułem się nieziemsko! Mogłem wszystko!! Dojeżdżając do strefy, gdzie zaczynało się drugie okrążenie, usłyszałem w głośników głos Jurka Górskiego, który podał mój numer, podał moje imię i nazwisko i to mnie uskrzydliło. Moja Ania stojąca przy strefie i krzycząca, żebym cisnął. Jarek dopingujący, chłopcy…wszystko dało mi takiego kopa adrenaliny, że z bananem na twarzy pocisnąłem przez miasto do podjazdu na wiadukt. Tutaj mnie zweryfikowało to że nie pilnowałem się z jedzeniem, że nie łyknąłem, tak jak planowałem żelu przed miastem bo akurat wypadał czas. W euforii uczucia, że mi idzie dobrze, że mam siłę i dam radę, odpuściłem ten żel. Na podjeździe prawie stanąłem. Co z tego że zaraz złapałem pakiecik i zjadłem. Zanim organizm przyswoił i przytworzył na energię, ciągnąłem się jak ślimak. Pokutowałem za ten błąd jeszcze na bieganiu. Podbieg w Suszu dał popalić, ale o tym słyszałem więc pozostało zacisnąć zęby i do przodu. Połówkę w Suszu zakończyłem ostatecznie z czasem 5:17:07 co dało mi 177 miejsce w kat. Open. Kolejny krok do IM zrobiony, wiedza przyswojona. Można działać.

Potem jeszcze szybki (trochę skrócony) start na ¼ ENEA Bydgoszcz Triathlon. Wynik poprawiłem w porównaniu do poprzedniego startu o prawie 25 minut, ale trasa rowerowa była o prawie 5km krótsza, a ja i tak umarłem ze 2 razy na rowerze (nie mówiąc już o tym, że przymierzyłem się do nowego siodełka i jak próbowałem się na trasie dobrze usadowić to prawie orła fiknąłem, bo nie zauważyłem znaku – shit happens…). Z biegu byłem za to mega zadowolony, no i zawody ukończyłem z czasem 2:23:21. 

Ostatnie treningi w Lipcu i nadszedł wreszcie dzień wyjazdu do Estonii. Zaplanowałem połączyć start z urlopem, no i rodzinnie wybraliśmy się na zwiedzanie krajów nadbałtyckich. Zapakowałem rodzinę i sprzęt do kampera i pojechaliśmy trochę w nieznane bo jeszcze nigdy tam nie byłem. Niemniej Estonia mnie miło zaskoczyła. Dojechaliśmy na kilka dni przed zawodami, co dało mi czas poznać miasto, przejechać się trasą i obejrzeć port gdzie mieliśmy pływać. I tu drobny ZONK! Temperatura wody spadła do 10-12 stopni. Huk, że pianki – wsadzenie palca do wody powodowało mimowolną zmianę płci… Padały pewnie oświadczenia ze strony Orga, że sprawa jest monitorowana i mają przygotowane alternatywy. W każdym razie na odprawie oznajmili, że udało im się przenieść etap pływacki na jezioro, przy czym etap rowerowy musiał zostać delikatnie zmieniony, żeby wyrobić 180km. Załatwienie wszelkich formalności, uzyskanie zgody od Urzędu Miasta i Zarządu IM zajeło 2 dni (!!!!). Za to na odprawie dostali gromkie brawa, bo chodziły nawet słuchy że etap pływacki może zostać odwołany. Na 2 dni przed startem przyleciał mój Brat Jarek z żoną i razem z moją żoną Anią i chłopcami Frankiem i Antkiem mieli robić za Support. Wszystko gites, natomiast u mnie stres osiągnął level Panik. Chodziłem jak nakręcony, sprawdzałem pogodę, trochę ćwiczyłem, ale głównie się stresowałem. Dzień przed startem wstawiłem rower na strefę i miałem okazję rzucić okiem na jezioro gdzie mieliśmy pływać. To był moment w którym udało mi się trochę uspokoić. Generalnie etap pływacki jest dla mnie zawsze najbardziej stresującym, ale tutaj widok tego jeziora, brunatno zielonego jeziora pełnego glonów i jakiegoś mułu zadziałał na mnie wręcz kojąco. Większość treningów OW robiłem w jeziorach gdzie widoczność w wodzie jest zerowa, wiec dokładnie wiedziałem co mnie czeka i jak się na to nastawić. Stres odpłynął i został spokój i świadomość że dam radę (oraz świadomość, że jak odpuszczę to ekipa TriDzików nie da mi żyć). Pozostało ostanie sprawdzenie pogody – miało wiać w pigułę – lulu i pobudka o 4 rano po delikatnie mówiąc niespokojnej nocy. Pogoda rano dopisywała. Chmur jak na lekarstwo i słońce po mału gdzieś tam wschodziło. Na start pojechaliśmy razem z Jarkiem, po drodze śmieszkując dla odprężenia. Na miejscu zebrała się niezła zgraja świrów wraz z grupami Supportu. Atmosfera była zajefajna, ale widać było, że niektórzy do pływania w jeziorze podchodzili bardzo ostrożnie i przy samym brzegu było nerwowo. Dla mnie godzina przed startem upłyneła na sprawdzeniu roweru, przebraniu się w piankę, ponabijaniu się z Jarkiem i paru rundach w wodzie, żeby podkręcić pikawę – LU tak mówił, i LU trza się słuchać! Piątka mocy z Jareckim i ustawiłem się na starcie w czasie jaki sobie zaplanowałem. Jako pierwsi oczywiście PROsi. Poszli jak dziki w kapustę. Reszta startowała w formule Rolling Start i fajnie. Kolejni startowali, kolejeczka się przesuwała, start coraz bliżej. Na kilka chwil przed moim startem poleciała z głośników La Grange ZZ Top i wiedziałem już że to będzie zajebisty dzień!!! Trasę pływacką miałem wyrytą w pamięci – prosto, prawo, prosto, lewo, prosto, lewo, prosto, prawo, prosto, lewo, prosto, lewo, prosto, lewo, prosto, prawo i do plaży. Wpadłem do wody i momentalnie złapałem swój rytm. Jeszcze nigdy nie płynąłem tak spokojnie. Kit że nic nie widziałem w tej wodzie, ale pozostali mają taką samą sytuację, cisnąłem do przodu. Jak już zacząłem wyprzedzać tych którzy wystartowali przedemną to tak mnie podbudowało, że nic by mnie nie zatrzymało. Aż tu nagle, gdzieś w okolicy połowy trasy, widzę jak mnie ktoś wyprzedza!! Kurna, normalnie jakby ciągnęła ich motorówka!!! WTF?!? Pierwszy moment zawahania, a może nie mam już siły, ale to mineło równie szybko. Coś mi nie pasowały zielone czepki! Wszyscy w niebieskich, tylko zawodnicy AWA w złotych. Olśnienie przyszło dosyć szybko. Z odprawy przypomniało mi się, że sztafety startują w zielonych czepkach. Spoko sobie pomyślałem, z pływakami ze sztafet się nie ścigam. Po drodze musiałem się raz zatrzymać żeby sprawdzić gdzie jest bojka, bo było pod słońce. Ale jak już złapałem azymut to poszło. Z wody wyszedłem wreszcie z czasem 1:17:00 i pognałem się przebrać. Doświadczenie podpowiedziało, żeby w trakcie przebierania coś podjeść i potem gnać na rower. Trochę długo mi zeszło na strefie, ale trudno, chciałem mieć pewność, że na rowerze będę miał moc. Trasę rowerową już trochę znałem, wiedziałem że na poczatku czeka zaraz podjazd, więc odpowiednio dysponowałem mocą. Założyłem sobie tempo w okolicach 32 km/h i pod to jechałem. Szło dobrze to kolejnego podjazdu, całkiem długiego, na którym zaczął wiać wiatr prosto w nos. Nogi paliły, tempo spadło. Jak się okazało, większość podjazdów była tak strategicznie ustawiona, że na każdym wiatr wiał prosto w twarz. I właśnie na etapie rowerowym pojawił się cały Support. Pojawiali się w najmniej oczekiwanych momentach, przed podjazdami, z transparentami i okrzykami dopingu!!! Za każdym razem dawało takiego kopa, że aż chciało się jechać. Jarek, analizując moje postępy na trackerze, między relacjami dla TriDzików, przemieszczał się z całą ekipą na najlepsze lokacje i wyskakiwali czasami w najmniej oczekiwanych miejscach. Anie nagrywały całość a chłopcy krzyczeli co sił w płucach. Mogę spokojnie powiedzieć, że miałem najbardziej mobilny i najgłośniejszy Support z całych zawodów. Był też moment zwątpienia w okolicach 160 kilometra – podjazd, wiatr w nos, ciężkie nogi – na zmianę się śmiałem i bluźniłem pod nosem. Ale jak już przejechałem ten podjazd to mi przeszło i tak pojechałem w kierunku miasta i T2. Rower ukończyłem z czasem 5:47:24. Można było szybciej, ale prawie udało mi się utrzymać założoną prędkość i to mi wystarczało. Na T2 trochę się grzebałem, ale jak wreszcie założyłem buty, mogłem ruszyć do biegu. Miałem cholernie ciężkie nogi. Pierwszy kilometr przebiegłem bijąc się z myślami czy całość zawodów po prostu nie przejść. ALE… znowu sobie pomyślałem, że TriDziki mi nie dadzą żyć. Zacisnąłem zęby i biegłem. Support stał w okolicy 2 kilometra. Pamiętam, że moja Ania podbiegła do mnie i biegnąc obok spytała się jak się czuję – moja odpowiedź była bardzo krótka „@#!jowo”. Nie mniej pobiegłem dalej. Okazało się, że pobiegłem z trochę za mocnym tempem ale z kolejnymi kilometrami nogi mi się odmulały i biegło mi się lżej. Trochę może za ciepło było momentami bo słońce wyszło i przestało wiać, ale na to już nie zwracałem uwagi. Trasa biegowa była puszczona w pętli a w drodze do nawrotki w mieście przy mecie, były 4 podbiegi – pierwszy stromy krótki, drugi łagodny długi, trzeci stromy ale bardzo krótki i ostatni długi podbieg na starym mieście na kostce brukowej. Dało mi w kość… a trenejro mówił, żeby sprawdzić przekrój trasy biegowej. Na pierwszej pętli miałem tylko nadzieję, że mijając metę nie usłyszę, że pierwszy zawodnik właśnie ukończył zawody. Normalnie by mnie to zdeprymowało. Ku mojemu zaskoczeniu, jak dobiegałem w okolice mety to była jeszcze zastawiona, więc jeszcze nikt nie kończył biegu i to mnie trochę uskrzydliło. Tak poszło gdzieś do 20-21 kilometra. Dotąd był bieg a potem zaczeła się walka z sobą, głową i bieganie od strefy nawodnienia do następnej. Nie pomagały przy tym wszystkie podbiegi, niemniej trzeba było dotrwać. Coraz częściej zdażało mi się przechodzić do marszobiegu nawet między strefami. Było mi cholernie ciężko. Sytuację ratował oczywiście Support z którym mogłem przybijać piątki i który podawał mi słowa wsparcia od TriDzików. Nawet nie wiecie jak dużo to znaczy!!! Po ostatnim nawrocie (chyba czwartym) przy mecie, przybiciu piątek, wiedziałem już że za niecałe 10 km wbiegnę na metę. Oddcinki marszobiegu się nagle zaczeły skracać, nogi zaczeły znowu pompować. Już widać koniec. Jeszcze tylko nawrotka przy T2, ostatnia opaska na łapę i lecimy w kierunku mety. W okolicach 800 metrów od mety, gdy siły już brakowało, dobiegł do mnie mój syn Franek i powiedział, że pobiegnie ze mną do mety. Dało mi to tak cholernego kopa, że mu powiedziałem, że na tą metę to wbiegnę i teraz nie wypada marszować. Jak ruszyłem z kopyta okazało się że zrobiłem najlepsze tempo z całego mojego biegu a na Finish wbiegałem z okrzykami obu Ani, Jarka i moich chłopców, oraz okrzyku prowadzącego „Today it’s his birthday. Marcin, Congratulations. YOU ARE AN IRONMAN!!!!”. Przez metę przebiegłem jak na skrzydłach aby na mecie się odwrócić i patrząc na napis Finish i gdzieś w górę, się popłakać, myśląc że Tata może być cholernie dumny ze mnie. Równie ważne przy tym było to że przebiegłem metę swojego pierwszego Ironmana w dniu swoich 41 urodzin. Niezły prezent, co? Ze strefy finiszera ulotniłem się tak szykbo jak tylko mogłem bo chciałem się nacieszyć z moją rodziną i im podziękować. Potem tylko odebrać rower i chodu do kampera. Dzień zakończyliśmy świętując moje urodziny i na opowiadaniach o tym jak się czułem po drodze. Dodatkowo spływały gratulacje i życzenia ze wszystkich stron, a Mama się do słuchawki poryczała z całego wrażenia. To był naprawdę piękny dzień!!! Następnego dnia Jarecki z Anią się ulotnili do Polski, a my zwinęliśmy manatki i pojechaliśmy zwiedzać Estonię, Łotwę i Litwę.

W sezonie 2019 pozostał jeszcze tylko start w sztafecie. Padło na Stryków, gdzie wystartowaliśmy na dystansie ¼ IM w składzie Marcin Dylik ps. Nawigator jako nasz pływak, Maciek Pawiński na rowerze i ja do biegania. Drużyn było w sumie 10 albo 12 i konkurencja zacna. Same zawody są super, a że jeszcze na własnym podwórku to już w ogóle klawo. Start był wspólny z wody. Marcin pocisnął mocno, ale mówił, że płyneło mu sie jak w zupie i etap pływacki ukończył po 19 minutach. Po nim Maciek przejął pałeczkę i pognał na rowerze niczym wicher. Z roweru wyszła mu o ile pamiętam średnia w okolicach 37 km/h i dojechał w sumie jako drugi ze sztafet. Mi pozostało domknąć temat. Pobiegłem w tempie 4:20 i udało nam się wspólnie wywalczyć 2 miejsce w sztafetach. 

Sezon 2019 był dla mnie pierwszym sezonem w którym faktycznie poświęciłem się sportowi. Wymaga to cholernie dużo wyrzeczeń, żonglerki logistycznej i gigantycznego samozaparcia, nie wspominając już o olbrzymim wsparciu całej rodziny. Bo tak naprawdę to bez mojej Ani, naszych chłopców Franka i Antka, mojego Brata Jarka i jego Ani oraz mojej Mamy to guzik by z tego było. I to Im oraz Najlepszemu Trenejro na Ziemi Ludwikowi Sikorskiemu i jego rodzinie należą się największe podziękowania za ten niesamowity okres! Podziękowania należą się również TriDzikównom i TriDzikom oraz wszystkim niesamowitym osobom, których poznałem za pośrednictwem tego sportu.

A nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa i plany na 2020 i 2021 są już w realizacji.