Justyna Grabowska

2019 rok? Oj działo się ;-D Zaczęło się całkiem standardowo
wielkimi planami. Już w październiku 2018 wiedziałam, co chcę zrobić, kiedy to
tworzyłam, pełna entuzjazmu, swoją strategie 2019 hehe Głównym wydarzeniem miał
być debiut na ½ IM w Borównie. Po drodze starty tzw. kontrolne. Najważniejsze
jednak, jak co roku, było trenować bez 
bólu. Ale czy się da? Podobno niektórzy potrafią. Pierwsze biegi, start
w Trzech Króli, napawały optymizmem. Treningi szły dobrze, trener zadowolony,
ja przeszczęśliwa, aż do startu w półmaratonie Warszawskim w marcu. Na dwa dni
przed miałam problem z chodzeniem. I znowu panika. Jak to się dzieje, że przed
samym startem, jak mam zrobić coś kluczowego, spektakularnego coś się zawsze
pierdoli. Dwa dni spędziłam na rozluźnianiu, fizykoterapii, wiszeniu na drążku.
I co? Przebiegłam. Wstydu nie było, ale jedyne co było spektakularne to moja
silna wola 🙂

Moja teoria jest taka: za bardzo
się napinasz Tyśka 🙂 I chyba coś
w tym jest. Wszędzie tam, gdzie podchodzę do startu na luzie, gdzie coś robię
dla funu, nic się nie dzieje. Tak było podczas startu z Sylwią w pierwszym
swimrunie. To była prawdziwa przygoda! Coś fajnego, coś nowego, surwiwalowego.
Szczęście płynące z rywalizacji, z aktywności w czystej postaci. I wspomnienie
uczucia, jak sięgasz do kieszeni pianki, zaraz po wyjściu z wody, w
poszukiwaniu żelków…bezcenne 😀 Jak dobrze,
że dałam się Sylwii namówić. Zapaliłam się to tej formy rywalizacji, ale o tym
później 😀

Pewnie czytacie to i sobie myślicie. Ale się użala 🙂 Do brzegu
Tyśka, do brzegu.

No dobrze, teraz będzie tzw.
tadam. W myśl zasady piękno rodzi się w bólu. Borówno. Cel poniżej 6 h. Byłam
mega zestresowana. Ze mną przed startem się nie pogada 😀 Nie jestem w
stanie na niczym się skupić innym niż na celu, nad tym jak będzie. Teoretycznie
najprzyjemniejsza część woda mocno mnie spina. W końcu to nie jest nasze
naturalne środowisko :-D. Niech wreszcie dadzą sygnał do startu hehe I dzieje
się!!!! Dyscyplina, w której jestem najsłabsza (pływanie) idzie mi super.
Słyszę wychodząc z wody, jak trener krzyczy, że popłynęłam świetnie. Taki
sygnał bardzo mobilizuje. I nie wybija mnie z rytmu nawet fakt, że nie mogę
znaleźć swoich rzeczy w strefie. 🙂 Nie stresuje incydent zgubienia
bidonu zaraz na początku etapu kolarskiego z jedynymi żelami jakie miałam XD.
Przejechał go na jednym batonie 🙂 carboloading się sprawdził.
Jeszcze tylko półmaraton i jesteś w domu. Wszystko idzie zgodnie z planem, jest
zapas. Było w ch…j zapasu. Na etapie biegowym nigdy takiego wsparcia nie
miałam. Trener z colą, Marek wodą, Kacper lodem 🙂 Z takim
supportem nie mogło wyjść inaczej. 5:30:43. Tak to ja lubię debiutować :-DD Jak
ja lubię, jak tyle znanych twarzy jest obok i mogę cieszyć się z nimi swoim i
ich sukcesem 😀

I na tym powinny się kończyć moje wspomniani 2019 xd, ale…… Nie
byłabym sobą, jakbym jeszcze czegoś nie wywinęła. Przecież mamy dopiero sierpień.
Musi być jeszcze jakiś challenge.  I
był!!  Skoro wydłużamy dystans w
triathlonie, wydłużmy też w bieganiu hehe

Plan przebiec pierwszy mataron
poniżej 4h , ale połączyć go z wycieczką. Cel: Amsterdam :DDDDDDDD. Będzie
zwiedzanie, nowe miejsce, nowe smaki, nowi ludzie, doznania 😀

Byłam świetnie przygotowana. 1,5 m-c spędziłam koncentrując się na
bieganiu. Po Borównie, w zasadzie nic mi nie doskwierało w moich kategoriach
doskwierania oczywiście 😀 A organizm
dawałznaki, może nie mocno uciążliwe, ale jednak. Kto by się tam jednak tym
przejmował, jak zaraz czeka Cię kolejna przygoda z najlepszymi przyjaciółmi. No
i wykręciłam numer! A raczej moja stopa.

14 km mniej więcej pojawił się ból, ale spoko. Pamiętasz? Już Cię
kiedyś tak bolał wierz stopy, jak za mocno zawiązałaś sznurówkę.

Jedziemy z tym, jest super! Całą trasę z Szymonem, wspólny cel,
bez ściany, heheszki, pogawędki… Nie mogę uwierzyć, że tak mi się dobrze
biegnie. Ale ból jest coraz większy. Może rozmasować? Może rozluźnić stopę? Zatrzymujemy
się na chwilę, już nie pamiętam, na którym kilometrze. Ugniatam stopę, ale nic
nie pomaga. Decyzja! Kończmy to! Im szybciej skończymy tym krócej będzie
bolało. Logiczne 😀 Przyspieszaliśmy już z każdym kilometrem. I mamy to.
3:53:24 !!!!! 

Tego co działo się później można się domyślić J już nie było tak różowo, jak
adrenalina zeszła, endorfinki opadły, a stopa przestała się mieścić do buta.
Trzeba było jakoś wrócić do kraju, a wcześniej pozwiedzać hahaha Dobrze, że ¾
towarzystwa było trochę wyczerpane biegiem, bo nie byłam przysłowiową kulą u
nogi, albo tylko tak mi próbowali nastrój poprawić 😀

Z lotniska odebrał mnie Marek i
pierwsze, co zrobiliśmy, to odwiedziliśmy pogotowie w Łodzi. Diagnoza docierała
do mojej świadomości powoli. Zareagowałam na nią nerwowym chichotem. „Złamanie
zmęczeniowe 2 kości śródstopia :O Chce Pani gips czy ortezę?”
Dobrze, że mi mózg zatrybił wtedy i wybrałam ortezę 🙂

Scenariusz kolejnych tygodni jest już mocno przewidywalny.
Pocieszające w tym wszystkim jest to, że w triathlonie mamy 3 dyscypliny, że
możemy coś robić. Utrzymać aktywność, żeby tylko głowa nie siadła. Żeby nie
złapać załamki.

Znowu wyhamowałam. Znowu zaczynam od nowa.

2019? Nie było nudy. Znajoma mi wczoraj powiedziała: „ no chyba
już wywinęłaś wszystko co mogłaś? Wyczerpałaś limit”

2020? Ponudziłabym się zatem 🙂 Ale…. Pisałam o swimrunie?
Hahahaha mam plan. Tym razem dłuższy dystans, trudniejszy teren. W parze
mieszanej w Bieszczadach xd Znajomy ortopeda mówi, że w miejscu spawu kość już
się nie złamie hahaha to ile mamy tam tych kości w stopie? Hm?

W drodze do celu jest jeszcze coś co mnie bardzo nakręca. Trzeba
będzie potrenować w górach, które kocham i poprawić parę czasów hehe także do
zobaczenia w Borównie 😀

2020 trenować bez bólu, nie złamać żadnej kości, nie zaliczyć
szlifów. Zaczynam od nowa, ale jedno co jest pewne to to, że nigdy się nie
poddam hahaha Jak widać głowę mam silną. Silnym musi się stać jeszcze moje
ciało!!!

Tomek Rzepka

Ogólnie cały sezon wspominam z przyjemnością i nie mogę
doczekać się nowego, ale najbardziej utkwił mi w pamięci start na pełnym
dystansie Ironman w Borównie. Będąc 8 lat temu na terapii w Grabowie, a tu
muszę sprostować że cały czas borykam się z chorobą jaką jest alkoholizm i
narkomania (na trzeźwo oczywiście ;D), zacząłem swoją przygodę z bieganiem.
Wtedy to po 2 miesiącach biegania porwałem się na maraton, który przebiegłem.
Pewien terapeuta o imieniu Sylwek  powiedział wtedy że ty może zostaniesz
Ironmanem. Zrobiłem wielkie oczy i padło pytanie „a co to jest?”.  Po
wytłumaczeniu mi od tamtej pory zawody te wierciły mi mózg  i pokonanie
tego dystansu stało się dla mnie marzeniem. Często też oglądałem na Youtubie
jak ludzie przebiegają metę i się wzruszałem. Od tamtej pory miałem różne
sytuacje życiowe, raz dobre, raz złe przeplatane 3 letnim bieganiem. 2 lata
temu postanowiłem udać się w łódzkie strony aby zrealizować swój cel i zostać
ironmanem, chociaż jestem Batmanem hahaha 😀

Pół roku przed przyjazdem znalazłem na
internecie wielkiego, a zarazem małego senseja Lu, który okazał się nie
tylko dobrym trenerem, ale tez i przyjacielem dzięki któremu znalazłem swoje
miejsce i się tu zadomowiłem .Po przyjeździe udałem się na pierwsze zajęcia
pływania – haha to było dobre. Ludwik zapytał się czy pływałem kraulem, a ja na
to: oczywiście że tak ;D Kiedy przepłynąłem basen w dwie strony wynurzyłem się
i nie za bardzo jeszcze do mnie docierało że nie mam pojęcia jak to się robi.
Dostałem deskę i zacząłem pić wodę litrami, łapać powietrze i takie tam. Ci co
próbowali wiedzą o co chodzi ;D. Zacząłem systematycznie biegać, pływać a rower
dopiero był w planach, który z resztą kupiłem przed pierwszym triathlonem,
który odbył się na Jeziorsku 😀 I tak sobie trenowałem borykając się z
codziennym życiem aż dotarłem do Borówna.

Byłem podekscytowany i nie mogłem się doczekać startu jak i
klimatu który charakteryzuje triatlon. Nie miałem żadnych obaw ani lęku czy dam
radę ponieważ ciężko pracowałem i przyznam że bacznie obserwowałem Ludwika czy
się denerwuje. Nic nie wskazywało na to, więc byłem spokojny i to też mnie
uspokajało.  Miałem przyjemność nawet spędzić z nim wieczór i noc
(oczywiście prostuje że na osobnych łózkach ;D). Pamiętam jak rozmawiał z żoną
że jestem nienormalny bo o 4 wstawaliśmy na start a ja do 12 w nocy oglądałem
Van Damma jak zamiatał nóżką hihih. Rozbawiał go też dźwięk mojego telefonu,
kiedy to odzywał się jak przychodziła mi wiadomość, a był to odgłos noża
wbijanego w deskę. Nieźle się pośmiałem. Rano o 4 pobudka i w drogę do
autokaru. Zjadłem tabletkę z kofeiną, wypiłem kawę, a Ludwik jeszcze wmuszał mi
picie wody i mówił, że tak trzeba. Wiedziałem że będą z tego jaja ;D Jadąc
autobusem czułem podekscytowanie i nie docierało do mnie, że to ten dzień który
sobie wymyśliłem 8 lat temu. Dotarliśmy na miejsce startu. Oczywiście już sama
atmosfera była dla mnie fantastyczna. Kiedy już ubierałem piankę i widziałem
przestraszoną minę Miłosza, kolegi z klubu, zacząłem przez moment powątpiewać.
Ale zaraz szybko przywróciłem się do porządku – przecież ciężko pracowałem na
ten dzień i w głowie powtarzałem sobie, że jak nie zapomnę o piciu i jedzeniu
to będę ironmenem. Stojąc w piance już na 5 minut przed startem nagle w głowie
kur… miałem rację kląłem w myślach na Ludwika i sikałem hhahaha. No i kiedy
już usłyszałem odliczanie troszkę się wzruszyłem jak zawsze w takich momentach
i zaczęło mi mocniej bić serce z podekscytowania. Pływanie przebiegło
komfortowo, po wybiegnięciu z wody uradowany z okrzykiem na ustach „kur…
Ludwik jaki ja mocny jestem!!!” pobiegłem po rower. Podczas roweru nie miałem
żadnego kryzysu, nie bolały mnie plecy kiedy zszedłem z roweru po 180 km i
niecałych 6 godzinach, oczywiście podczas których dwa razy sikałem (kur…
Ludwik ;D).Z tego byłem najbardziej zadowolony, bo miałem obawy jeśli chodzi o
plecy i od razu siebie pochwaliłem  w myślach jak dobrze że się uparłem na
ten bikefiting. Kiedy biegłem do mniej więcej 18 kilometra czułem się
komfortowo trzymając tempo mniej więcej 5 min/km, aż nie mogłem uwierzyć, że
pokonałem już taki dystans, bo czułem się bardzo dobrze i w myślach żałowałem
że nie przycisnąłem na tym rowerku ;D I nagle zaczęło się :O Ból dopadł mnie w
biodrach i mięśniach pośladkowych. Narastał i narastał… Chociaż już
wiedziałem, że i tak ukończę nawet idąc to uparłem się że dobiegnę i koniec. A
niektórzy mówią o mnie że jestem strasznie uparty jak beton, nie do skruszenia,
to zacząłem walkę z bólem. Próbowałem rozśmieszać ludzi na stacjach
żywieniowych jak i na trasie, aby tylko nie myśleć o bólu. Za każdym kółkiem (7
km) spotykałem Ludwika który już nie wyglądał tak jak przed startem. Denerwował
się chyba więcej ode mnie. Ale udało się. Jak wbiegałem na metę nie czułem się
jak stonka po opryskach haha. Nie docierało do mnie co zrobiłem dopiero po
czasie i do tej pory jak o tym pomyślę to więcej się wzruszam no i sam z siebie
dumny jestem. Moją misją nową jest Harda Suka na rok 2022, lecz w tym zamierzam
poskromić Diablaka na dystansie Ironman w górach. Myślę że start ten przybliży
mnie chociaż trochę do nowego celu i pozwoli wyobrazić sobie co to Harda.