Jest sierpień bądź też wrzesień 2018 rok. Piszę do mnie mój prywatny mentor i jeden z większych aktywatorów (żeby nie nadużywać słowa motywator) jakich miałem przyjemność poznać w życiu. Nazwijmy go “pan Marek”. Wiadomość była krótka: Seba 15 września zaczynają się zapisy do “Alpe de Huez triathlon 2019”. Kultowa impreza, musisz tam być! To albo 312 km rowerownia w kwietniu na Majorce 2019, Pomyślałem hmm.. 2,2 km pływania 118 km jazdy rowerem i 20 km biegu to dla mnie jakieś 7 może 8 godzin. Wybrałem więc triathlon, zamiast 12 godzin w siodle, plus znając pana Marka pewnie 3 miliardy 800 000 przewyższeń. Nigdy w życiu nie byłem w Alpach więc zdecydowałem się na wyjazd w góry. Jeszcze wtedy nie spodziewałem się, że to może się okazać mój ostatni.

   Jako, iż jestem raczej Januszem triathlonu, a ostatnie zawody we wrześniu 2017 roku to dla moich stawów i mięśni raczej prehistoria. Podjąłem decyzję, że z uwagi na brak czasu na treningi nie będę się podpalał i zacznę się tylko trochę ruszać. Tzn. trenować według zasady Pareta (20% aktywności daje 80% wyniku). Przy moim trybie życia i podejściu do trenowania to zawsze wystarczy na ukończenie zawodów. Schemat ten sprawdza się też znakomicie w biznesie i w sprawach prywatnych.  W tym przypadku jak to sam nazwałem, użyłem go żeby ukończyć zawody z “uśmiechem na twarzy”.

Okres przygotowawczy…

   W sumie tak szybko, jak rozpocznę ten akapit, tak też szybko mogę go zakończyć. Dla każdego z nas tłumaczenia typu: “mało trenuję, bo..”, albo “albo nie mam czasu na trening, bo..” są dla nas bardzo dobrze znane. 

   Pan Marek to taki trochę południowy typ, zawsze opalony, zawsze uśmiechnięty i trochę jak członek neapolitańskiej mafii, nigdy nie zapomina. Z początkiem 2019 roku wybrałem się z nim i jeszcze jednym kolegą na pierwszą poważna wspinaczkę. 

   Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, ja nigdy w życiu nie piłem kawy. Posiłkowałem się jednak żelami z kofeiną, co sprawiło że najtrudniejszą wspinaczkę rowerową 9,3 km podjazdu, 719 m przewyższeń, o średnim nachyleniu 7,7% pokonałem dość sprawnie. Tutaj przy tych liczbach kłania się moja nieznajomość tematu. Totalna ignorancja w sprawach liczb, dotyczących ilości przewyższeń oraz stopnia nachylenia danego podjazdu to była dla mnie nowość, co w niedalekiej przyszłości miało być zgubne dla mojego samopoczucia. 

Może już przejdźmy do meritum sprawy.

W myśl życiowego hasła, mojego nie trenującego żadnej dyscypliny sportu przyjaciela “Miej wyjebane a będzie ci dane”. Zabookowałem jakiś pokój typu studio, który na nasze szczęście znajdował się tuż przy trasie biegowej zawodów, w kurorcie Alpe de Huez,  na szczycie słynnych 21 zakrętów epickiego podjazdu. Te miejsce często bywa jednym z etapów jakże popularnego na całym świecie w wyścigu Tour de France. Zdecydowaliśmy się zapłacić nieco więcej (i tak za skromne warunki) i spać przy samej strefie zmian T2. Miejscowość jest stosunkowo mała, ale warto sprawdzić topografię terenu. Przykładowo hotel oddalony nawet 200 metrów od mety w kierunku zachodnim może się okazać bardziej kłopotliwy w przemieszczaniu się, niż tak jak nasz do którego było prawie 800 metrów ale po stosunkowo płaskim terenie. Zwłaszcza gdy podróżuje się z małymi dziećmi.

Uwaga!!! 

Meta i T2 wyścigu w alpach usytuowana jest w innym miejscu niż strefa T1. Oddalone są o jakieś 30 minut jazdy rowerem od siebie, jeśli chcemy przyjechać ze strefy T2 do T1. Jeśli natomiast chcemy dojechać z miejsca w którym znajduje  się etap pływacki z powrotem na linie mety, to nawet dla średnio wytrenowanego zawodnika, może to zająć prawie dwie godziny (no chyba, że podróżujemy autem). Z uwagi na dość dużą liczbę startujących zawodników na dużym dystansie, ponad 1300 osób organizatorzy imprezy sugerują żeby w dzień zawodów, tj. w czwartek dojechać do strefy T1 na rowerze. Tak też uczyniłem, chociaż moja partnerka sugerowała mi żebym jednak pojechał samochodem.

No kur… nikt mi nie będzie mówił co ja mam robić!

   W dniu zawodów na dystansie długim o 7:00 rano otwierane są równocześnie obydwie strefy zmian. Przed zawodami nie musimy zanosić rzeczy do T2 ponieważ buty i inne pierdoły można w specjalnej torbie oddać w dzień zawodów, w specjalnym do tego przeznaczonym miejscu przy strefie T1. Praktycznie nie da się tego miejsca pominąć, ale lepiej zawsze dopytać bo Francuzi to raczej wyluzowani ludzie i jeśli ktoś bywał już na imprezach w Niemczech albo w Holandii (wszystko według planu ) to może się zdziwić “spokojem” z jakim ta nacja podchodzi do organizacji imprezy, w szczególności jeśli nie jesteśmy doświadczonymi zawodnikami. 

   Z racji mieszkania obok strefy, wszedłem rano do T2, żeby ustawić buty do biegania. Jak się później okazało mogłem zabrać dodatkowo zestaw do gotowania grochówki, grilla, albo też antenę do telewizora i dekoder Cyfrowego Polsatu. Znowu przypadkiem znalazłem się we właściwym miejscu i czasie, żeby spotkać czterokrotną mistrzynie świata na dystansie Iron Man (Daniela Ryf). Poziom wyluzowania jaki prezentuje ta dziewczyna, można by podzielić na kilkaset tysięcy innych zawodników triathlonowych na całym świecie. 

Poranne zwiedzanie

Po krótkiej chwili wybrałem się na wycieczkę do T1. Według organizatorów było to około 10 km zjazdu do etapu pływackiego, oczywiście dla większości zawodników, ale nie dla mnie, bo po kilku pierwszych zakrętach na słynnej pętli, ominąłem skrót i pojechałem w dół i w dół i w dół… Było tak pięknie, że nawet nie żałowałem iż pokonałem prawie 20 km extra. Ostatnie kilometry mojego dojazdu były po dość płaskim terenie, ale dzięki uprzejmości dwóch Holendrów mogłem podczepić się na koło i dojechać na czas do strefy T1. No i limit kilometrów spędzonych, na rowerze na który się szykowałem w tym dniu (ok 120 km) w tym momencie wyszczuplał już o jakieś 25%, ale nie był bym sobą gdybym nie podszedł do tematu optymistycznie. Bo przecież tylko 60 km trasy pokonam pod górę, drugie 60 to będzie przyjemny zajazd z górki.

Równouprawnianie

Start dla mężczyzny zaplanowany był na 9:45. Kobiety startowały 15 minut wcześniej. To była jedna z niewielu informacji jakie sprawdziłem przed zawodami. Ta, a także fakt  iż zbiornik, w którym odbywają się zawody, przez cały rok jest zamknięty dla ludzi, i należy do zakładów energetycznych Francji. Na co dzień służy jako elektrownia wodna. Piękno tego miejsca nawet nie będę próbował opisywać, bo i tak nie jestem w stanie opisać wszystkich przepięknych detali znajdujących się w tej dolinie. Mogę nadmienić  tylko o czystości wody w tym zbiorniku. To trochę tak, jakby nalać sobie wody do własnej wanny we własnej łazience zaraz, przed weselem albo wizytą teściowej. Wiecie tak czysto, że aż pachnie i potem dla porównania wejść do jeziora Lac du Verney, i szybko stwierdzić że  woda w naszej wannie jest po prostu brudna.  Napisanie, że widziałem własne stopy stojąc po szyję zanurzony w wodzie to nic. Byłem pewien, że mógłbym powiedzieć jakiego koloru są paznokcie osób które były oddalone ode mnie o 10, 20 a nawet i 30 m Jedynym mankamentem dla mnie był fakt, że ta  krystalicznie czysta woda miała tylko 15 stopni Celsjusza.  Jak to stwierdzili  organizatorzy była “orzeźwiająca”.

Pełne gacie.

Chwile przed startem, część zawodników nie wchodziła do wody. Startowałem więc, z samego środka praktycznie tuż przy drugiej linii zawodników. Teoretycznie nie powinno mnie tam być, ale była to najkrótsza droga do i oddalonej o 1,1 km bojki. Z uwagi, iż większość zawodników tak długo zwlekała z wejściem do wody uświadomiło mnie, że chyba nie jestem tutaj najbardziej przerażoną osobą.

   9:45 mały falstart ale i tak nikt już nie potrafi zatrzymać tego leja składającego się z ponad 1000 mężczyzn. Na początku było bardzo spokojnie. Jednak już po kilku metrach zawodnicy ścisnęli się i zrobiła się mała pralnia. 53 minuty 2,2 km (Nieoficjalny rekord osiedla). Mój czas  na moim plastikowym zegarku z jedyną zaawansowaną funkcją jaką posiadam,a mianowicie “stoper”. Wychodzę z wody zmarznięty, ale bardzo szczęśliwy. 

   Po ukończeniu etapu pływania po raz pierwszy w tym dniu i od dłuższego czasu byłem bardzo dumny z siebie. Wychodząc z wody obróciłem się na chwilę do jeziora, i pożegnałem na jakiś czas z Lac du Verney. Gdzieś w głębi czułem, że to nie będzie ostatnia wizyta w moim życiu w tym miejscu. była godzina 11:00 kiedy pojawiła się pierwsza myślisz, że dzisiaj będzie bardzo ciężko, wsiadłem jednak na rower i pojechałem 24 km do pierwszego pojazdu. 

   Przed samym podjazdem było stoisko zimną wodą, który ominąłem specjalnie. Pierwsza góra jest prawie w całości zacieniona. 1110 m przewyższeń i średnie nachylenie grubo powyżej 7% rekord życiowy w pobity. Nie mam pojęcia w jakim czasie ale licznik pokazywał nawet przyzwoite prędkości 9,10 km na godzinę. Jechałem z myślą żeby tylko wjechać na szczyt i pogratulować sobie kolejnego rekordu. Przekonanie o tym, że nie ukończę dzisiejszych zawodów pojawiło się około 30 km i trwało ze mną aż do końca tego dnia. Bufet na szczycie, i 40 kilometrów za mną.   

Na szybkości.

Zacząłem zjeżdżać, calutką drogę w dół pokonałem bez pedałowania prawie 13 km. Na  53 km rozpoczął się kolejny (tym razem króciutki) 3 km podjazd, o nachyleniu 8%. Udało mi się podjechać na ten bardzo nasłoneczniony szczyt do kolejnego bufetu. Tu pojawiły się pierwsze rozmowy na temat limitu czasowego. Zauważyłem też pierwszy raz kilku zawodników, którzy postanowili dalej nie jechać. Nie wiedziałem wtedy że etap pływania nie ukończyło ponad 180 zawodników (prawie 1/5). W bufecie wrzuciłem coś do gardła, ścisnąłem mocniej kierownicę,  zapytałem sam siebie czy dam radę zjechać i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że tak. W trakcie zjazdu moje uśpienie co jakiś czas przywracały do równowagi jadące na sygnale karetki pogotowia  (było prawie 43 stopni w cieniu). 

   Byłem kiedyś już na jednej “połówce” w Holandii gdzie przyjechało ich aż 18 i dopiero wtedy organizatorzy postanowili przerwać zawody. Tutaj przy prawie 120 kilometrowym odcinku, jednej tylko pętli, taka informacja raczej nie dotarła by zbyt szybko do wszystkich zawodników. Pomijając fakt, iż na takie zawody przyjeżdżają raczej bardzo zdeterminowani zawodnicy, którzy nawet po zamknięciu trasy i końcu limitu czasowego chcą tylko dotrzeć do linii mety i ukończyć zawody, nie zważając na czas.

   Zjazd przed kolejnym większym szczytem  “Orion” to około 10 km z małym podjazdem około 1000 m, który pokonuje w sumie bezwiednie. Musiałem tylko uważać bo ruch na drodze tak jak wspominałem był otwarty. Było też pierwsze sikanie, ale mocz miał nawet w obiecujący lekko słomkowy kolor. Zameldowałem się w  kolejnym bufecie na pomiar czasu i kolejna radość z pokonania kolejnego odcinka. Tak jak się spodziewałem,  zastałem tam trzepocących się ludzi, i wtedy już na poważnie zacząłem się zastanawiać co dalej. Nie miałem na te zawody żadnego planu żywieniowego, więc spróbowałem na tym postoju mieszkanki pepsi z wodą źródlana( nawet orzeźwiające połączenie,muszę sprawdzić to kiedyś na treningu). Wizyta w toalecie to też jeden z punktów mojego postoju, liczyłem na kupę ale nawet nie było bąka. Dobrze że nie trzeba było płacić za kibelek  bo żałowałbym podwójnie. Spojrzałem w lustro i sam oceniłem wizualnie jak wyglądam i spytałem się jak się czuję. Często tak robię w życiu prywatnym, może to trochę dziwne ale w moim przypadku rozmowa z samym sobą pomaga. 

Ja nie dam rady? Potrzymaj mi piwo…

 Wokoło słyszałem coraz więcej głosów w stylu: nie jadę dalej…i tak zabraknie mi czasu… nie dam rady… Nieświadomie ci zawodnicy zapalili u mnie taki magiczny guzik który zawsze reaguje na tego typu słowa. W moim osobisty słowniku, po prostu nie mam takiego słowa “nie da się”. To był 68 kilometr zaczynał się 13 km podjazd, dla przesadnych kolejny moment żeby skończyć. Wsiadłem na rower z przekonaniem mojej głowie, że przyjechałem tutaj zrobić w danym dniu 120 km. Był 68 km  plus 30 km dojazdu na zawody z rana, więc musiałem jeszcze trochę jeszcze pokręcić. 

   Od 3% aż do 8% nachylenie rosło wykładniczo. Chyba na 76 km czyli 2 bądź też 3 km przed szczytem zostały już tylko 24 minut żeby podjechać i dodatkowo zjechać do kolejnego pomiaru czasu przed zamknięciem oficjalnej trasy rowerowe. Z miejsca z leniwych 6, 7 km na godzinę na liczniku zrobiło się 15 nawet czasami 20, zaczęło się dziać dość ciekawie.  Na 1 km przed szczytem znajomy poznany przed chwila w strefie zmian zapytał czy nie chce się z nią zabrać, bo ma jeszcze miejsce w samochodzie, ale szybko odpowiedziałem, iż to ja zdecyduje kiedy skończę zawody, a nie ta góra. 

   Kolejny szczyt na 86 km i znowu szybiki rekonesans własnych sił, Naładowany pepsi z wodą, i przekonany, że to już ostatni i zjazd w tym dniu pomknąłem na dół. Kilka ostrych zakrętów choć licznik i tak dość często pokazywał ponad 70 km/h, i myślałem że będzie już tak do końca ale nagle ku mojemu zaskoczeniu płasko i znowu musiałem się trochę napracować, żeby zdążyć do kolejnego punktu pomiar czasu. Jedyną rzecz jaką miałem w tym sezonie w miarę opanowana to jazda po płaskim i ostatnie 3 km przyjechałam ponad 40 km/h  i na 7 sekund przed zamknięciem trasy zameldowałem się w ostatnim punkcie pomiary czasu.  W tym momencie byłem już przekonany, że to najlepsze miejsce na odpuszczenie, siłą rozpędu zaliczyłem jeszcze jeden z 21 legendarnych zakrętu podjazdu Alpe de Huez, 

   Ten “potwór” ma 13 km długości, 1150 m przewyższeń i średnio ponad 8% nachylenia, dla porównania etap rowerowy dystansu średniego, który odbywał się dzień po zawodach długich to tylko ten jeden podjazd plus około 15 km dojazdu od jeziora do tego podjazdu. Na ostatnich kilku metrach porozmawiałem jeszcze z kilkoma osobami, tak jak to mama w zwyczaju bardziej o sensie życia jako sporcie, i położyłem się na kamieniach. Trochę mnie kusiło żeby zmierzyć się wyzwaniem ukończenia, ale z punktu widzenia treningowego nie miało to najmniejszego sensu.  Nie czułem się najgorzej, ale w tym dniu nie musiałem sobie już nic więcej udowadniać. Triathlon to dla mnie przede wszystkim sposób na aktywne spędzanie czasu. Fakt że mogę sobie pozwolić na takie zawody, oraz iż jestem na tyle zdrowy fizycznie żeby brać w nich czynny udział sprawia że jestem wielkim szczęściarzem.

Pomoc z zewnątrz 

Na szczyt, jako że miałem koszulkę w kolorze pomarańczowym (narodowe kolory Holandii) zabrali mnie moi przyszywani rodacy.  Jakaś pani przyjechała właśnie samochodem na dystans  średni, ale po drodze na szczyt mijając co 5-10 metrów kolejnych leżących i błagający o litość zawodników, spowodował że wybiła sobie ten pomysł z głowy. Wysiadłem z auta i wsiadłem na rower. Na szczycie czekała jak zwykle moja partnerka z dziećmi.  Złe odżywianie, upał, a przede wszystkim brak odpowiednich treningów  było widać doskonale na mojej twarzy. Wjechałem sobie jeszcze jak gdyby nigdy nic do strefy T2 (Pierwszy zwycięzca tour de France też oszukiwał i większość wyścigu przejechał pociągiem) A tam to już zwyczajowe “podgrzewanie grochówki” z innymi “zombie”, szybki bełcik , i nawet przez chwilę myślałem, że trochę szkoda, że nie spróbowałem dalej jechać. Ale w tym momencie to było trochę tak jak zapisywanie się na zawody na długości “Iron Man”, tuż po pobiciu rekordu osiedla na 5 km biegu. Wiecie jak to jest, siedzimy sobie wygodnej przed telewizorem, i uważamy że z pozycji kanapy można wszystko. Prawdziwe życie szybko weryfikuje takie głupie pomysły, sam się o tym przekonałem.

Pierwszy DNF

Na drugi dzień z samego rana wyskoczyłem sobie jeszcze na 5 km biegu. I dodatkowo utwierdziłem się w przekonaniu że dobrze uczyniłem odpuszczając już na rowerze. To było moje pierwsze w życiu 5 km w górach, w dodatku na wysokości prawie 3000 m. Jeśli ktoś z was planuje bieg górski, i planuje też dobry wynik, to nie ma litości musicie trenować podbiegi. Bo gdy dodatkowo dochodzi do tego gęstość powietrza, to uczucie przytknięcia jest powalające.

   Ktoś może się zastanawiać po co wydawać tyle hajsu na wpisowe, jechać tyle km na zawody, być w ogóle nieprzygotowanym pod względem kondycyjnym i jeszcze ich świadomie nie ukończyć, nawet nie powalczyć na 100%. Odpowiedz jest prosta: gdyby wszystko poszło dobrze to niczego bym się nie nauczył.. Dzięki temu, że bylem we Francji i nie ukończyłem wiem co będę robił na moje 40 rodziny. Do zobaczenia na podjeździe:-)