Mój IM to jak to określił trener „dziki plan starzejącego się wariata” i
faktycznie coś w tym jest. Sam pomysł zrodził się już kilka lat
wcześniej jako luźna refleksja zainspirowana historią Jurka Górskiego,
gdzie w przypływie euforii na jednej z imprez wypaliłem,
że przed swoją 50tką zostanę Ironmanem.

Faktycznie zawsze coś trenowałem, w tym sporo jazdy na szosie, ale nigdy
3 dyscypliny na raz. Idea IM wróciła wraz z 48 urodzinami. Luźno
rzucone hasło zaczęło dojrzewać w głowie ale zapalnikiem był film
najlepszy o Jurku Górskim. Zacząłem działać.

Mój plan był „genialnie” prosty. 50 urodziny mam 30 maja 2019 więc przed
tą datą muszę zaliczyć IM. I tu pierwsza refleksja, przed tym terminem
na wiosnę nie wiele dzieje się w Europie. Ostatecznie padło na ostatni
europejski termin w październiku czyli Barcelonę.
Spojrzałem na kalendarz (shit) mam 4 miesiące.

Telefon do trenera z którym już trochę działaliśmy na basenie, chwilę
się zapowietrzył i na drugi dzień wysłał kontrolny arkusz na 1 tydzień z
komentarzem „ jak się z tym nie zesrasz to jedziemy dalej”. Tak
przeszły 4 tygodnie. Kolejne były tylko gorsze. Każdy
tydzień i dzień podporządkowany był koordynacji: pracy, rodziny i
treningów. Schudłem w tym czasie 10kg. dochodząc do masy krytycznej
78kg. Przy czym jadłem naprawdę sporo.

Kontrolnym sprawdzianem mojego przygotowania miał być Stryków na miesiąc
przed IM na dystansie ¼ i faktycznie był. Zaliczyłem go na luzie z
dużym zapasem sił. Ludwik pokiwał głową i stwierdził : dobra robota,
zrobiliśmy wszystko co było w ciągu 10 tygodni możliwe
aby pojechać i zaliczyć pełen IM. No i pojechałem do Barcelony.

Na miejscy byliśmy już 3 października czyli na 5 dni przed startem.
Słońce, puste plaże i południowy klimat. Przez 4 dni poznawałem trasę
rowerową, zakręty, podjazdy, pływałem w morzu z przeźroczystą wodą
delektując się dobrą widocznością.

Dzień przed startem dołączył mój brat Marcin i wspólnie zrobiliśmy lekki
trening biegowy na promenadzie wzdłuż plaży. Generalnie była bajka,
chociaż stres już robił swoje. No i w nocy na dzień przed startem się
zaczęło. Przyszło załamanie pogody z burzą, deszczem,
silnym wiatrem i spodkiem temperatury z 25 do 13 stopni.

O 6 rano w dniu startu wpadł do kampera Marcin z hasłem „wiesz co,
trzeba mieć jaja aby w taką pogodę wejść do tej wody”… no to mnie
zmotywował……

Faktycznie spokojne do tej pory morze przypominało Borholm. Fale na 2-3
metry, błyskawice w oddali i padający deszcz. Dostałem dupo-ścisku.

Do namiotu startowego szliśmy przez parę minut w kompletnej ciszy.
Zrobiło się tak zimno że broda zaczęła mi latać jak małemu dzieciakowi
na lekcjach pływania na basenie. W namiocie na strefie zmian zobaczyłem
innych zawodników i pomyślałem że jeżeli ja mam
taka samą minę jak oni to nie wróży to nic dobrego. Nikt się nie
odzywał. Ob. Mnie siedział jakiś Japończyk i coś pod nosem sobie
mamrotał, pomyślałem kurde on się modli, pewnie jak japoński wojownik
przed lotem kamikadze. Przez chwilę przeszła mi myśl „jprdl
co ja tu robię…?”

Ruszyłem do strefy startu i wtedy przypomniałem sobie, że swoim
zwyczajem okulary mam zawsze wysmarowane mydłem do rąk którego tym razem
zapomniałem wcześniej zmyć. Poleciałem więc na plaże do wody aby je
wypłukać. I prawdopodobnie to był dla mnie przełomowy
moment tego dnia. Woda, mimo że wzburzona była przyjemnie ciepła w
porównaniu z powietrzem. Poczułem że wyluzowałem, chociaż widok fal
wcale mnie nie uspokoił.

Rolling start trochę ułatwił sprawę ale przy takich warunkach pogodowych
i tak na początku płynęliśmy jak ławica śledzi. W wodzie co mnie mocno
zaskoczyło poczułem spory komfort, w uszach miałem słowa Ludwika, rób
swoje, wyleżenie i ręka, wyleżenie i ręka.
Wczułem się w rytm fal i poszło. Z wody wyszedłem po 1 godzinie i 14
minutach tak energetycznie naładowany że zacząłem z radości się drzeć do
Marcina jak Wiking wracający z rejsu.

Strefa T1 poszła sprawnie, ale bez ciśnienia, dokładnie sprawdziłem czy
wszystko mam, zjadłem batona, popiłem Izo. Ruszyłem na rower, trasa w
miarę płaska ale wietrzna z nadal padającym deszczem. Nie mniej rower to
moja pasja więc trochę nonszalancko od samego
początku poszła dzida. Refleksja pojawiła się po 50km. kiedy spojrzałem
na swoją średnią która wskazywała 36km/h.

Rzuciłem pod nosem „jarecki! kurna za szybko”. Kolejna refleksja złapała
mnie (dosłownie) na 110 km. gdzie dał o sobie znać skurcz łydki tuż pod
kolanem. Przez kolejne 3 kilometry pedałowałem jedną nogą i naciągałem
wypiętą drugą. Skurcz minął i dociągnąłem
do końca ze średnią 33km/h/ W międzyczasie wyszło słońce a ja byłem w
takiej euforii że kończę rower że zupełnie zapomniałem że czeka mnie
jeszcze maraton. Uświadomiłem to sobie wjeżdżając do miasta na strefę
T2.

Bieg to moja najsłabsza dziedzina ale wiedziałem że jestem dobrze
przygotowany fizycznie i jestem w stanie to przebiec. Jedyne czego się
obawiałem to jakaś kontuzja po drodze. Jeszcze nigdy w życiu nie
wystawiłem swojego organizmu na taki długotrwały wysiłek.
Tak naprawdę nie wiedziałem co się ze mną stanie.

Generalnie z perspektywy czasu po wyścigu mogę powiedzieć że na IM liczą
się 3 rzeczy. Przygotowanie, odżywianie w trakcie i głowa. Przy czym
przy przygotowaniu i głowie postawiłbym znak równości.

Pierwsze 5km. biegu zacząłem z wysokiego C, kadencja została z roweru a
ja na zegarek się nie patrzę. Dopiero Marcin krzyknął na trasie że idzie
za duży gas i muszę zwolnić. Tak truchtałem przez 20 km. gdzie
motywował mnie mój brat biegnąc parę metrów obok.
Wypatrzyłem sobie starszą panią, która biegła przede mną bardzo równym
tempem w okolicach 6min. Pomyślałem fajnie, moje tempo, mam pacemakera.
Christina była z Niemiec i jak niemiecka maszyna pobiegła swoim tempem
dalej a ja zostałem sam , coraz bardziej zaciskając
zęby. Wiedziałem że wyprzedają mnie ci których ok. 400 minąłem na
rowerze, ale robiłem swoje.

Mój plan był dobiec ( nie dojść) do stadionu. Generalnie w trakcie
całego biegu kryzysów miałem kilka ale ani razu się nie zatrzymałem.
Wiedziałem, że przyjechałem tu aby przebiec a nie przejść te42km. Kiedy
jednak zobaczyłem planszę z napisem 35km. przyszedł
duży kryzys i energia wyparowała. Wtedy zacząłem sobie w głowie
wizualizować te ostatnie 7km. To odcinek ze Smulska do oczyszczalni,
później wzdłuż lasu, z górki , prosta i do domu. Pomogło, z daleka
usłyszałem spikera na witającego na stadionie kolejnych
wbiegających ajronów. Znów dostałem kopa, zacząłem biec na wyższych
obrotach, wyprzedzając kolejnych zawodników. W końcu jest stadion,
czerwony dywan, tłum kibiców i prowadzący z okrzykiem „Jarek! YOU ARE
IRONMAN!”

Zrobiłem to na 7 miesięcy przed moimi 50 urodzinami w 11 godzin i 48
minut. Chyba nieźle jak na debiut i mój pierwszy w życiu maraton. Po
wyścigu czułem się na tyle dobrze że na kemping wróciłem na rowerze a na
drugi dzień poszliśmy w góry zwiedzać okolicę.
Dzięki trenerowi za dobre przygotowanie, a Marcinowi za suport na
miejscu. To było dla mnie bardzo ważne. Za rok to powtórzymy razem
celując w lepszy wynik.