Start na Mistrzostwach Świat IRONMAN 70.3 Nelson Mandela Bay był imprezą docelową w tym sezonie i to pod nią ułożony był cykl przygotowań. Był również zdecydowanie największym wyzwaniem logistycznym i finansowym i dlatego jestem bardzo szczęśliwy, że wyjazd doszedł do skutku oraz zakończył się powodzeniem. 

W podróż wyruszyłem we wtorkowy wieczór. Po dwóch przesiadkach czyli po około dobie lotu dotarłem do Port Elizabeth czego nie można było powiedzieć o moim bagażu. Najazd triathlonistów zaskoczył afrykańskich przewoźników i wielu zawodników spotkało się z podobnym problem. Całe szczęście, po kolejnej dobie oczekiwania odebrałem rower. Wreszcie mogłem skoncentrować się na starcie i napawać niepowtarzalną atmosferą Mistrzostw Świata. Kolejne dwa dni to lekkie rozruchy czyli piątkowe pierwsze w życiu Open Water w oceanie indyjskim oraz sobotnia krótka zakładka. Zgodnie z zasadami Ironmana zawodnicy zobligowani są do przygotowania swoich worków oraz pozostawienie ich wraz z rowerem w dzień poprzedzający zawody. Po wykonaniu tej procedury mogłem już spokojnie udać się do naszego guest houseu . Start kategorii Pro nastąpił o 7:30. Moja fala ruszyła niestety prawie dwie godziny później. Już na wejściu do strefy startu gdzie zawodnicy puszczani byli na zasadzie rolling startu odczuć można było walkę o jak najlepszą pozycję. Co 15 sekund puszczani byli kolejne dziesięcioosobowe grupy. Nadeszła moja kolej i na sygnał sędziego ruszyłem w kierunku oceanu. Pierwsze kilkadziesiąt metrów przedelfinkowałem przeskakując przez fale. Po odpłynięciu od brzegu można było złapać swój rytm oraz poszukać dobrych nóg do płynięcia. Duże boje nie pozwoliły się zgubić i nawet falująca tafla oceanu nie sprawiała problemów z nawigacją. Wyszedłem z wody po niecałych 32 minutach. W strefie zmian wolontariusze pomagali ściągać pianki co dodatkowo usprawniło zmianę. Początek trasy kolarskiej kilka kilometrów lekkiego podjazdu. Przez praktycznie cały etap wyprzedzałem zawodników z wcześniejszych fal co na najszybszych fragmentach trasy uprzykrzało jazdę i zmuszało do utrzymania maksymalnego skupienia. Po ok. 15km zorientowałem się, że wibracje wytrzęsły mój bidon z mieszanką coli i kawy, która zazwyczaj zapewniała mi solidnego kopa. Do T2 przyjechałem po 2:25h jazdy i czułem się dosyć mocno ujechany. Bieg rozpocząłem spokojnie przez pierwsze 2km walcząc ze skurczami mięśni czworogłowych. Skurcze ustąpiły i przez kilka kilometrów biegłem zakładanym tempem ok. 3:50-54 min/km . Po pokonaniu podbiegu znajdującego się na ok. 8km trasy pojawił się kryzys z którym walczyłem już do samego końca. Tempo spadło do ok. 4:10-16 min/km i pomimo niskiego tętna nie byłem w stanie wkręcić się na wyższe obroty. Na mecie zameldowałem się po 4:29:45h jako 71 zawodnik w swojej AG na świecie. Po chłodnej analizie startu swój występ ocenić mogę jako bardzo solidny, aczkolwiek pozostawiający pewien niedosyt. Piętno na dyspozycji dnia odbiły na pewno stres i zmęczenie związane z moją pierwszą tak daleka podróżą . Przetarłem jednak kolejny szlak zdobywając bezcenne doświadczenie przed kolejnymi dużymi imprezami.