Myślałem jaki
wstęp dać do rozmowy z Jakubem. Ale po co ja mam się trudzić i
wydziwiać, skoro po prostu wystarczy napisać jego życiówki.
Zapraszam na rozmowę z Jakubem Kimmerem, już nie tylko „lokalnym
wymiataczem”, z Jakubem ojcem, mężem, programistą… dopiero
potem triathlonistą, amatorem!, podobno nigdy „prosem”.

Jakub Kimmer:

Życiówki:

IM: 09:10:11

1/2IM: 04:18:52

1/4IM: 02:07:03

Biegi:

Maraton: 02:51:53

Półmaraton:
01:23:30

10km: 00:36:25

Wiek: 29

Status: żonaty,
niedzieciaty 😉

Wykształcenie:
wyższe, programista

Zawód
wykonywany: programista

Motto: Pływanie
na maxa, rower na maxa, bieg w trupa!

No dobra
Jakub, po cholerę Ci triathlon?

Moja przygoda ze
sportem zaczęła się na studiach informatycznych, kiedy to przez
nieustanne siedzenie przed komputerem zacząłem mieć problemy z
kręgosłupem, a dokładnie dwoma wyskakującymi dyskami.
Paraliżujący ból potrafił utrzymywać się tygodniami i człowiek
nie mógł normalnie funkcjonować. O ile dysk piersiowy potrafiła
nastawić mi żona, tak lędźwiowy wskakiwał jedynie po kilku
sesjach na basenie.

W porę zdałem
sobie sprawę, że najwyższy czas zmienić coś w swoim życiu, bo
takie problemy z kręgosłupem nie są normalne w wieku 20 lat…
Zainspirowany pasją biegową współlokatora, postanowiłem
spróbować biegania.

O rowerze
kolarskim zawsze marzyłem, ale jakoś tak dopiero po studiach udało
mi się zrealizować to marzenie. A skoro miałem już rower, umiałem
pływać i biegać, to ukończenie jakiegoś triathlonu, było
jedynie kwestią czasu.

Debiut TRI w Poznaniu – 2013r.

Czy wcześniej
uprawiałeś jakiś sport?

Wędkarstwo, ale
to chyba się nie liczy 😉 W sumie to od dziecka byłem totalnym
beztalenciem sportowym. Zawsze najgorszy i zagrożony z wf’u. No,
ale nie oczekujmy sylwetki atlety po dziecku, które nie widziało
świata poza klockami Lego. W sumie jedyna aktywność sportowa to
był basen, na który co tydzień/dwa, nie rzadko siłą, zabierał
mnie tata. Z biegiem czasu chwała mu za to! Za jego wytrwałość i
upór, a uwierz mi, nie było ze mną łatwo. Jak to mówią: „Czego
Jaś się nie nauczy tego Jan nie będzie umiał”. Tak naprawdę,
to gdyby nie on, to nie osiągnąłbym tego, co osiągnąłem.
Pomijając już fakt, że to on uczył mnie jeździć na rowerze.

Pamiętasz swoje
pierwsze treningi?

Oj tak! Dramat…
Zwykle po 2km biegu byłem bliski zemdlenia i ledwo trzymałem
zawartość żołądka… Dramat trwał aż do momentu zakupu
najtańszego chińskiego pulsometru na allegro. Trenowanie w strefach
tętna pomogło!

A jak Twój
„pierwszy raz” – oczywiście chodzi o zawody…

Wiesz, co?
Zaczęło się dość niewinnie. W 2008 roku zaliczyłem ze szwagrem
Katorżnika. Były to czasy, kiedy nie było Runmageddonów, zaś
ekstremalne biegi tego typu nie były jeszcze tak popularne. Była to
dla mnie niesamowita przygoda, choć pamiętam, że dostałem wtedy
niewyobrażalnie w kość. W sumie nie ma się co dziwić, bo było
to przed zajawką na bieganie i wystartowałem z marszu w trampkach
za 10zł. Od zawsze stawiałem sobie wyzwania. Pierwsze zawody
biegowe to maraton a pierwsze TRI to połówka. Całe szczęście, że
nie zapisałem się na pełnego, bo chyba by mnie zdjęli z trasy…

Pierwsze zawody ever. Bieg Katorżnika 2008r.

Co daje Ci
trenowanie triathlonu? Jestem pewien, że na pewno nie kasę….

Heh, no to fakt
😉 Jeszcze jak się podsumuje koszt sprzętu, wpisowe na zawody i
jedzenia jak za 3 osoby to bije po kieszeni ;P

Triathlon przede
wszystkim daje mi ogromną frajdę i poczucie spełnienia. Uwielbiam
trenować, a fakt, że każdego dnia robię coś innego powoduje, że
od kilku lat nie mogę się nim znudzić. Miałem epizod uzależnienia
od gier komputerowych typu MMORPG, gdzie on-line z innymi graczami
przez kilka lat „koksałem” postacie. Oj zmarnowałem trochę
studenckiej młodości. Granie do 6 rano nie było normalne. Odkąd
zacząłem trenować TRI, problem sam zniknął, bo nie mam na granie
czasu. W sumie na nic nie mam… 😉

Triathlon ma
jeszcze jedną ogromną przewagę nad innymi sportami, a mianowicie
czynnik kontuzji. Gdy naderwiesz coś w nodze na biegu, zwykle nic
nie stoi na przeszkodzie, aby cisnąć basen czy rower. Gdy
naciągnąłem coś w barku, zrobiłem rekordowy kilometraż na
rowerze.

Lecę bo chcę…

Ostatnio w jednym
z komentarzy pisałeś, że spałeś w aucie przed startem w
Malborku. Taka logistyka, a mimo to tyle wygranych?

Od dziecka
lubiłem survival. Bardzo często przed zawodami śpię w namiocie i
nie chodzi tu tyle o oszczędności, co o frajdę, poznanych ludzi i
łatwą logistykę, bo śpisz tuż przy starcie. Swoją drogą tak
zaliczyłem swój debiut w Poznaniu. Nie ma tam noclegu bliżej
startu niż kemping na Malcie 😉

Co do auta, to
kiedyś przed zawodami nie ogarnąłem noclegu i zostałem w kropce.
Jak się okazało, Vectra B w hatchbacku jest bardzo komfortowa i nie
żartuję! Dmuchany materac, stopery do uszu i śpisz jak dziecko. A
do tego rano wychodzisz z auta i jesteś na miejscu. Start w Malborku
jest o 6 rano, a wejście do strefy o 5. Jak pomyślisz o tym, że
możesz spać o godzinę dłużej niż inni i w praktyce zamiast na
3:00, ustawiasz budzik na 4:00, to mnie to przekonuje. No i rzecz
kluczowa to dostęp do prysznica po zawodach. Jeśli nie ma prysznica
i toalet to nie ma spania w aucie. Survival survivalem ale po
zawodach trzeba zadbać o higienę.

Jak sobie pościelesz tak się wyśpisz

Ile czasu
tygodniowo poświęcasz na poszczególne treningi swim, bike, run?

Kiedyś starałem
się stosować podejście 15%/50%/35%, czyli tyle ile spędzasz na
poszczególnych dyscyplinach na IM. Takie widzimisie. Na dłuższą
metę nie miało to sensu i zacząłem się skupiać na tym, co idzie
mi najsłabiej, czyli do niedawna pływanie, a aktualnie czas chyba
znowu pocisnąć rower.

Niestety nie
jesteśmy PRO i trzeba godzić treningi z obowiązkami. Ilość
h/tydzień jest bardzo rozbieżna. Nie trzymam żadnego planu, więc
jak nie mam czasu to jest 10h- a jak była piękna pogoda i urlop to
bywało 15h+.

Czy stosujesz
jakieś treningi uzupełniające?

Kiedy mniej
trenowałem, to zdarzało mi się chodzić z żoną na siłkę i
robić ogólnorozwojówkę. Marta szła pokicać na zumbę a ja
„udawałem”, że ćwiczę. Gdybym miał więcej czasu to z chęcią
bym to kontynuował. Swoją drogą, zauważyłeś, że znowu
usprawiedliwiam się mistycznym terminem „brak czasu”? To chyba
jest tak, że bardziej niż czasu brakuje nam chęci, bo jednak w
sezonie człowiek jest po prostu zmęczony.

Jak się
regenerujesz?

Ogólnie to źle
😉 Za mało uwagi poświęcam na rozciąganie. W zasadzie w ogóle
się nie rozciągam. Czasami się roluję, ale niestety przeważnie o
rolce przypominam sobie wtedy, gdy jest jakiś problem. Klasyka…
Leczymy zamiast zapobiegać. Czasami mam wrażenie, że moja doba
jest z gumy i rozciągam ją do granic możliwości, kosztem snu…
Śpię po 4-5h. To zdecydowanie za mało i czasami niestety odbija mi
się to czkawką w postaci drobnych lub większych przeciążeń…

U osoby, która
sporo trenuje, regeneracja też przebiega troszkę inaczej. Jeśli
jednego dnia jest ciężki trening biegowy, to nic nie stoi na
przeszkodzie, aby na drugi dzień zrobić luźny regeneracyjny basen
czy rower.

Najgorsze jest
to, że gdy kończy się sezon TRI, to sezon biegowy dopiero się
rozkręca. Wiem, że powinienem lepiej planować swój sezon startowy
i więcej wagi przykładać do mikro cyklów regeneracyjnych czy też
całkowitego roztrenowania. Za często próbuję „dokręcić
śrubę”, bo przecież za tydzień są jakieś super zawody,
których nie mogę przegapić? Zawsze są! A ja od niemal 10 lat nie
mogę tego zrozumieć…

A co z jedzeniem,
nawadnianiem. Jesz jak przeciętny Kowalski, czy masz reżim?

Trzymam dietę
zaoczną. Jem, co zobaczę 
Oczywiście staram się odżywiać zdrowo, unikać pustych kalorii i
fast foodów. Niestety jestem łasuch na słodycze i często proszę
żonę, aby mi je dawkowała i chowała przede mną. Gotujemy sami.
Staramy się robić zbilansowane różnorodne obiady. Sporo warzyw.

Jem OGROMNE
śniadania. Bywało nawet ponad 2000kcal! Pomaga mi to nabrać sił i
chęci do życia. Drugie śniadanie to często jakieś płatki
owsiane w różnej postaci, owoce, jakiś nabiał. Obiad to
przeważnie jakiś makaron, czasem ryż/kasza dla urozmaicenia.
Zazwyczaj coś, co nie zalega w brzuchu na treningu. Spoko są też
zupy i kremy. Szybko się trawią a i można przemycić sporo soli i
nawodnić się np. przed rowerem. Kolacja to już totalna fantazja.
Przeważnie podczas treningu zabijam myśli planując, co dobrego
zjem po powrocie. Jeśli trening był mocny, często jest to słodka
nagroda w postaci jakichś naleśników czy szarlotki bez cukru na
kaszy jaglanej.

Podobno człowiek
staje się tym, co je. Przysięgam, kiedyś przetransformuję się w
banana… Kalorii nie liczę. A jeśli nawet, to tylko z ciekawości
i raczej nie koryguję ilości jedzenia. Czasami jest to tylko
3000kcal. W mocnym gazie bywa grubo ponad 6000kcal. Jeśli zjedzenie
batona poprawia Ci samopoczucie i daje psychologicznego kopa, to
zjedz dwa i daj z siebie 110% na treningu!

Jak godzisz
pracę, wyjazdy służbowe z treningami?

To ciekawe, że o
to pytasz, bo właśnie piszę z delegacji w Szwajcarii 😉 No a mając
widok z okna na alpejskie jeziorko, to nie można sobie odmówić
treningu! W mojej walizce zawsze znajdzie się miejsce dla pianki i
butów biegowych, nawet kosztem pogniecionych koszul 😉

Nie takie delegacje straszne jak je malują


Co do samej pracy
to jestem programistą i pracuję na zagranicznych projektach.
Przeważnie praca jest zdalnie z Polski. Ale niestety jest też sporo
wyjazdów. Mam to szczęście, że w pracy mam podejście dość
zadaniowe i dość elastyczne godziny pracy. Czasami, kiedy na
basenie nie ma wolnych torów wieczorem, to wychodzę w porze lunchu
klienta i odpracowuję później. Wiosną i jesienią, kiedy słońce
stosunkowo wcześnie zachodzi, zdarza mi się urwać wcześniej z
pracy, pójść na rower i skończyć to, co mam do zrobienia
wieczorem. Coraz częściej też decyduję się na pracę z domu,
przez co nie muszę tracić czasu na dojazd i powrót z pracy. W
godzinach szczytu daje to zaoszczędzoną godzinę, którą można
przeznaczyć na fajny trening 😉

Twój największy
sukces to….

Staram się
czerpać radość ze wszystkich sukcesów i zwycięstw, nawet tych
drobnych. Na wszystkie z nich każdy z nas ciężko pracuje. A jak
już się pojawiają, to są słodką nagrodą za cały trud, wysiłek
i te wszystkie wyrzeczenia. Jeśli miałbym wybrać ten najważniejszy
dla mnie, to oczywiście będzie to wygrana w Malborku na pełnym
dystansie. Tak na dobrą sprawę przygotowywałem się do tego startu
11 miesięcy. Wszystkie inne starty były tylko środkiem do celu i
cały czas liczył się tylko ten jeden dzień.

Warto mieć marzenia!

Czemu akurat
Malbork? Czyżby chęć poprawienia zeszłorocznego debiutu?

Ci, co mnie znają
wiedzą, że zwycięstwo w Malborku było swojego rodzaju obsesją.
Gdzieś w środku nie mogłem się pogodzić zajętym wtedy drugim
miejscem i przegraną o niespełna dwie minuty! Ja wiem, że to był
debiut. Ja wiem, że wiele ludzi marzy o takim wyniku całe życie.
Ale po prostu wtedy zwątpiłem w siebie i od 35km biegu odpuściłem
dalszą walkę, bo wydawało mi się, że lider jest nieuchwytny.
Cyferki na garminie nie kłamią. Gdybym utrzymał tempo, to wygraną
miałbym w kieszeni. Najgorsze jest to, że zwolniłem. Zwolniłem,
nie dlatego, że nie mogłem, ale dlatego, że w siebie zwątpiłem i
mi się „odechciało”. I to właśnie tego nie mogłem sobie
wybaczyć przez okrągły rok.

Przejdziesz na
„pro”?

Nie, zdecydowanie
nie. Obawiam się, że nie mam tego „czegoś”, co pozwoliłoby mi
być zawodowcem. Poza tym ciężko jest wyżyć ze sportu, jeśli nie
ma się naprawdę dobrych wyników i solidnego zaplecza sponsorów.
Triathlon jest bardzo drogą pasją i nie wyobrażam sobie podjąć
ryzyka rezygnacji z pracy i bycia na utrzymaniu mojej Marty. Moja
forma to nie efekt talentu a ciężkiej pracy i ogromnego
poświęcenia. Znajomi mówią, że jestem jak stonka – nie do
zajebania. W praktyce, im więcej energii w to wkładam, tym bardziej
zmęczony się czuję. Niby logiczne ale w praktyce stosunek nakładu
pracy do rezultatów nie jest liniowy i nie wyobrażam sobie co
jeszcze musiałbym zrobić, aby wykręcić czas 8:40, jak tegoroczne
Kozaki w Borównie… Szacun!


Co się nie dojedzie to się dowygląda…

Podaj mi proszę
swoje ulubione treningi:

Jeśli chodzi o
pływanie, to zdecydowanie długie wypływania. Szczególnie open
water, choć mieszkając w Łodzi ciężko mi się na takie wybrać…

Uwielbiam też
90’ątki na kolarce. Niestety z braku czasu rzadko je realizuję,
ale jak już się uda to śmigam na swoją ulubioną pętlę poza
miasto lub jadę na Della i kręcę jak chomik 20 kółek. Jazda na
Dellu jest o tyle ciekawa, że często wsiada Ci na koło grupka
kolarzy i ciągniesz wagoniki jak ciuchcia. Mam ogromną frajdę,
kiedy po 50km holowania jestem w stanie zerwać wagoniki.

Z biegania lubię
narastające tempo. Zwykle staram się wtedy nie patrzeć na zegarek
i biegnę na samopoczucie. Zwracam uwagę, w którym miejscu trasy
wychodzę ze strefy komfortu. Po treningu patrzę na cyferki i w
zależności od wyniku nagradzam się słodyczem 😉