Od
redakcji: Jak wiadomo, najdroższe jest zdrowie i… wódka w Skandynawii 😉
Dziękujemy Kamilowi, który jest zdrowy i nie pije, więc machnął chłopak
Ironmana na północy. Jak było, poczytajcie! Bardzo dziękujemy Kamilowi za czas,
który poświęcił aby napisać ten tekst!

Mój proces dojrzewania z wizją co do ukończenia
wyścigu na pełnym dystansie Ironman trwał dosyć długo i nie ukrywam, że sam go
przeciągnąłem o parę lat, borykając się z myślą czy to aby na pewno już
odpowiedni moment. Podobnie zresztą sprawa się miała z napisaniem tego
artykułu, który miał powstać zaraz po zawodach, jednak żmudny proces
roztrenowania zaprzągł mnie na tyle skutecznie, że w kalendarzu należało
przerzucić kolejną kartkę. W obu przypadkach wydaje mi się, że wyszło to jednak
na dobre i mam nadzieję, że poniższy opis imprezy Ironman CPH okaże się
przydatny również innym osobom.

TL;DR (czyli wersja dla niecierpliwych)

IM Cph to idealnie zorganizowana impreza z bardzo szybkimi trasami i idealna
dla osób, które nie lubią upałów. Pływanie w lekko słonej wodzie,  rower szybki – NIE techniczny, bieg płaski.
Sama Kopenhaga ma swój klimat i turystycznie można również sporo pozwiedzać.
Preferowane auto.

Kiedy, gdzie, dlaczego?

Po zakończonym sezonie 2017, wiedziałem, że
należy w końcu wykonać ten krok i zmierzyć się pełnym dystansem. Największym
problemem oczywiście okazał się na początku wybór miejscówki. Przez ostatnie 5
lat trenowania i startowania, miałem dosyć duże rozeznanie w rozgrywanych
imprezach na terenie naszego kraju i wiedziałem czego się mogę spodziewać po
imprezach rozgrywanych w Malborku czy Borównie. Nie ukrywam jednak, że znaczek
dużego M z kropką, w moim przypadku podziałał jak magnes i nie wyobrażałem
sobie wybrać inną imprezę na rozdziewiczenie, jak tą organizowaną przez WTC.
Dodatkowo, coroczna perfekcyjna organizacja w Gdyni, zdawała się tylko
utwierdzać mnie w tym przekonaniu.
Dzięki wcześniejszym doświadczeniom, wiedziałem również, że z moją aktualną
formą, budową, techniką – nie ma sensu się pakować w imprezy z solidną
wspinaczką w pionie na rowerze. Jako, że bardzo lubuję się w cyferkach,
statystyce, researchu etc, z wielką przyjemnością prześledziłem wszystkie
dostępne imprezy na pełnym dystansie Ironman w Europie. Kluczowymi warunkami
dla mnie było znalezienie imprezy która nie straszyłaby wielką ilością
przewyższeń na rowerze, oraz gdzie jest chociaż minimalna szansa na brak upałów
w lato. W ten sposób ilość imprez zawęziła się do 5: Kalmar, Kopenhaga, Tallin,
Barcelona, Emilia Romania. Dwie ostatnie pozycje, pomimo tego że najbardziej
atrakcyjne turystycznie, wiedziałem że raczej odpadają z uwagi na niepewną
temperaturę nawet pod koniec września (upały) oraz tego, że musiałbym
przeciągnąć dość sporo sezon, aby wyłapać peak właśnie we wrześniu. Dodatkowo
trochę się bałem sytuacji na trasie rowerowej w Barcelonie, która jak większość
osób wie z opowieści, jest dosyć specyficzna. Tallin, wydawał się bardzo
interesująca propozycją, jednak z uwagi iż miała to być pierwsza edycja na
pełnym dystansie w tym miejscu, wolałem nie ryzykować i nie być królikiem
doświadczalnym. Kalmar znałem również z opowieści kolegów i wiedziałem, że jest
to rewelacyjna impreza. O Kopenhadze często się myśli przez pryzmat sytuacji,
która spotkała jednego z naszych rodaków z Kuźni Triathlonu i wokół której już
krąży dość duża liczba mitów. Osobiście jednak miałem okazję studiować w CPH
kilka ładnych lat temu i chyba głównie z tego powodu zdecydowałem się właśnie
na Kopenhagę.


Którędy do… – logistyka

Kopenhaga to dosyć specyficzne miejsce jeśli
chodzi o położenie względem Polski. Niby blisko, a jednak ten Bałtyk trochę
przeszkadza. Podróż planowaliśmy dla 3/4 osób + rower, więc idea wylotu
samolotem odpadła na samym wstępie. Dodatkowo chcieliśmy być mobilni na miejscu
i trochę pozwiedzać, więc stanęło na podróży własnym autem. Możliwości dotarcia
na miejsce są tak naprawdę 2:

– trasa do Świnoujścia, prom do Ystad, a
następnie podróż do Kopenhagi mostem Oresund
– trasa do Rostock, prom do Gedser, a później trasa do Kopenhagi

Finansowo, sytuacja ma się bardzo podobnie i
trzeba na taką podróż w 2 strony liczyć łącznie około 2k zł. Opłaty za
Autostradę do Berlina same w sobie kosztują około 100zl w jedna stronę, chyba
że będziemy na tyle odważni i zdecydujemy się jechać drogą DK18 na Cottbus –
wcześniej jednak radze sprawdzić koszt amortyzatorów bo doznania są
fantastyczne. Sami zdecydowaliśmy się na wariant 2 podróży, ale głównie
dlatego, że chcieliśmy zwiedzić dodatkowo Berlin i odwiedzić znajomych.
Dodatkowym plusem tej trasy jest to, że w przypadku 2 kierowców, można ją
pokonać trochę szybciej niż wariant przez Świnoujście. Nie mniej jednak, obie
opcje są dobre – warto jednak zdecydować się na 1 wariant w obie strony, bo wówczas
koszt promu dosyć znacząco maleje.

Kraina koroną płynąca

Dosyć powszechnym przekonaniem jakie krąży,
jest stwierdzenie, że Kopenhaga jest diabelnie droga. Nie będę się spierał, na
pewno jest drożej niż w Polsce – nie mniej podróżując trochę po świecie i
Europie, nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że jest astronomicznie droga (na
pewno nie w porównaniu np. do Norwegii). Nie mniej pozwolę aby każdy ocenił to
w swoim własnym zakresie podając nasze przykładowe koszty:
– mieszkanie w centrum CPH – 3km od startu, 2km od mety – 1600zł na 5 dni
(4noclegi)
– benzyna ok 6zł/1l
– pizza 50zl
– bochenek chleba 8zl
– 500g mielonego 11zł

– kryty parking w centrum 4h – 60zł

Ze swojej strony, mogę tylko doradzić, że jeśli
podróżuje się autem, to warto zabrać sporo żywności w turystycznej lodówce z
Polski – w ten sposób dość radykalnie można zmniejszyć koszta wyjazdu.

Halo?
Czy tutaj będzie coś triathlonowane?

W wielu relacjach innych osób z imprez IM, nie
sposób nie odnaleźć informacji na temat tego jak miasta przygotowują się na
sama imprezę oraz jak inni ludzie (cywile J) reagują na nowinę, że ich miasto zostanie
całkowicie sparaliżowane na cały dzień. Z ręką na sercu muszę przyznać, że nie
była odczuwalna jakaś ogromna euforia w samej CPH w przeddzień organizowanych
zawodów, a samo miasteczko zostało sprytnie przeniesione na duży podziemny
parking, który później miał posłużyć również jako strefa T2. Tak naprawdę,
jedynym miejscem w mieście gdzie było widać organizację zawodów, było miejsce
mety, znajdujące się zaraz ponad wcześniej wspomnianym parkingiem. Powodem,
tego mogło być również rozdzielnie stref T1 i T2, w oddzielne części miasta.
Obawiałem się, że mogą się potwierdzić pogłoski iż w CPH kibice nie robią
takiego szału jak w Roth czy Kalmar, oraz że będę jednym z nielicznych
uczestniczących w zabawie. Przyzwyczajony byłem do widywania zawodników w
obrębie strefy startu  w przeddzień
imprezy, do atmosfery wielkiego święta sportowego w mieście, etc. Kopenhaga
jednak zdawała się być skupiona bardziej na swoich własnych codziennych
sprawach i problemach, a zawodnicy się rozmyli pośród oddalonych od siebie T1 i
T2. Jedynym symbolem, który zdawał się przypominać wszystkim, że w niedzielę
czeka wszystkich świetna zabawa, był wielki baner, wspominający coś o nie piciu
nadmiernej ilości melisy 🙂 Jestem w stanie zrozumieć, że dla niektórych to
może być za mało i oczekują większych fajerwerków PRZED zawodami, mnie to
jednak w zupełności wystarczało.

Jak
okiełznać duże T (czyli T1, T2, T1000)

Strefy zmian w IM CPH są rozlokowane w różnych
częściach miasta.T1 jest zlokalizowana na małej wysepce we wschodniej części
miasta, natomiast T2 tak jak wcześniej już pisałem, znajduje się w parkingu
podziemnym w samym centrum miasta. Organizator jednak postanowił, że uczestnicy
nie będą zmuszeni sami dostarczyć worek z rzeczami do biegania do T2, a sam
dotransportuje go z T1. Było to na pewno udogodnienie, gdyż wystarczyło zabrać
wszystkie rzeczy do T1, a worek z rzeczami do biegania automagicznie
teleportował się do garażu. Sama strefa zmian nie posiadała jakichś cech
szczególnych, była płaska, szybka i szeroka. To co dla mnie było najważniejsze,
to to, że zarówno w T1 jak i T2 znajdowały się specjalne namioty, gdzie
uczestnicy mogli się przebrać w sportowe rzeczy do kolejnej konkurencji. Sam
przyjąłem strategie, że na rowerze nie będę korzystał z normalnych spodenek
triathlonowych, a pokuszę się o kolarskie odzienie ze zdecydowanie większą
ilością wkładki. Na pewno na przebieraniu, traci się trochę czasu, jednak wyszedłem
z założenia, że skoro nasz Mistrz Świata miał czas zmienić gacie na bieg i
wygrać całe zawody, to moja walka o złamanie 11h raczej na tym nie ucierpi.

Nie zagłębiając się za bardzo w szczegóły (:)),
z własnego doświadczenia, mogę również potwierdzić, że toalety znajdują się
zarówno w T1 jak i T2. Ich ilość po pływaniu jest ogromna i nie było problemu
ze znalezieniem wolnego „stanowiska”, czego jednak nie mogę powiedzieć o T2,
gdzie tworzyły się dosyć duże kolejki do toalet i trzeba było swoje odczekać.
Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem z perspektywy czasu było w ramach możliwości
wytrzymanie do pierwszej toalety na trasie biegowej, lub skorzystanie z niej na
ostatnim punkcie odżywczym na rowerze.

Pływanie

Już robiąc lekkie rozpływanie dzień przed zawodami,
czułem że warunki są naprawdę niezłe do rozsądnego pływania, a sama trasa jest
bajecznie prosta i nie skomplikowana. Trasa wiedzie przez coś co geograficznie
przypomina i tworzy formę naturalnego kanału. Osobiście mógłbym to porównać
trochę do pływania w Bydgoszczy, z tą różnicą, że tutaj jest zdecydowanie
szczerzej. Nie zmienia to faktu, że nawigacja jest bajecznie prosta i
przyjemna, a jedyne na czym trzeba się skupić to płynięcie po odpowiedniej
stronie boi rozdzielających 2 pasy ruchu. Woda sama w sobie jest słonawa, co
również przenosi się na wyporność i warunki do szybkiego pływania. Tłoku na
trasie również, nie było zbyt dużego, gdyż pływanie jest rozgrywane w konwencji
rolling start. Moim problemem osobiście było zbyt zachowawcze podejście do
szacowanego czasu ukończenia i wybranie złej grupy czasowej. Były to moje
pierwsze zawody na pełnym dystansie i wolałem spokojnie zacząć, jednak już
gdzieś po 400m wiedziałem, że mogłem podpiąć się pod szybszą grupę. Tragedii z
przeciskaniem się przez wolniejszych zawodników, nie było, gdyż jak wspominałem
regulował to trochę rolling start oraz duża szerokość kanału, tak więc każdy
mógł kulturalnie znaleźć swojej miejsce. Niestety na złapanie jakichś szybszych
nóg nie miałem szans i większość trasy to sam robiłem za tempomat dla innych.

Fal oraz prądów nie odczułem i wydaje mi się,
że w miarę w tym samym tempie pokonywało się oba kierunki ruchu. Czas w jakim
udało mi się pokonać ten etap IM wyszedł w okolicach 1:04, co cieszyło bo
zakładałem sporo wolniejszy czas. Realnie rzecz ujmując, udało mi się utrzymać
tempo które 2 tygodnie wcześniej wykonałem na „treningowym” IM 70.3 Gdynia.
Dystans co prawda był 2 razy dłuższy, jednak Gdynię nie leciałem na 100% a i
warunki wydaje mi się, że były trudniejsze nad naszym morzem.

Podsumowując, nawet pływanie stwarza idealne
warunki do szybkich wyników 🙂

No to
pora na rowerową wycieczkę

Trasę rowerową dosyć dokładnie przeanalizowałem
jeszcze przed wyjazdem na zawody i niczym mnie raczej nie zaskoczyła. W
Internecie znajduje się również film z całej trasy, który dosyć wiernie oddaje
to czego można się spodziewać. Wizualnie, nie będę ukrywał, szału nie ma – więc
jeśli ktoś potrzebuje dodatkowych bodźców napędzających do szybszej jazdy w
postaci pięknych krajobrazów… to tutaj może być problem. Widoczki są podobne
do tych, które widujemy na naszych rodzimych zawodach, więc człowiek nie jest
bombardowany dodatkową dawką bodźców – można zatem się skupić na trzymaniu
swoich W i regularnym żywieniu.

Sama trasa składa się z 2 pętli i łącznie ma w
granicach 179km. Dodatkowo, można ją podzielić na 3 zupełnie strefy.

 
do 20km i od 175 do 179km (łącznie
25km) – trasa typowa wprowadzająca na główną trasę/pętlę zawodów, prowadząca po
uliczkach CPH. Technicznie nigdy nie byłem orłem zakrętów i osobiście nie
pokusiłem się o piłowanie na tym etapie. Całe szczęście, jest to etap
prowadzący z/do stref zmian, a zatem występuje on tylko na krańcowych etapach
trasy rowerowej, gdzie dopiero wchodzimy w rytm, lub kiedy przygotowujemy się
już psychicznie do biegu. Na pewno w swoich kalkulacjach trzeba wziąć pod
uwagę, że ten etap wyjdzie wolniej niż pozostałe. Jakość asfaltu, bardzo dobra.

 
Od 20km do 46km i od 75km do końca
pętli (łącznie około 100km) – piękny etap, gdzie tylko jak są siły można dźgać
ile tylko się zaplanowało. Pierwsza część prowadzi trochę pod górkę z 1
podjazdem, druga jest głównie z górki, również z jednym dość znamienitym
podjazdem, gdzie spotkamy najwięcej kibiców. Asfalt na całej trasie w super
stanie.

 
Od 46km do 75km (łącznie około
60km)– część wiodąca przez mniej zamieszkałe tereny, gdzie będziemy przejeżdżać
przez kilka mniejszych miejscowości. Droga dosyć kręta, z szarpanym tempem z
uwagi na pofałdowania oraz średniej jakości asfalt. Zdecydowanie wężej niż na
poprzednim etapie, co może okazać się kluczowe podczas wyprzedzania innych
członków wyścigu. Znajdziemy w tym etapie również jeden większy podjazd.

Opis powyżej, może sprawiać wrażenie, że
opisywana trasa jest dosyć techniczna (takie komentarze są również powszechne w
Internecie), z czym jednak dosyć ciężko mi się zgodzić. Osobiście nie
powiedziałbym, że ta trasa wymaga jakiegoś większego przygotowania – jest ona
po prostu szybka, co wynika trochę z jej pofałdowanej natury. Najbliżej jej wg
mnie do trasy jaka możemy spotkać w Bydgoszczy, z tą różnicą jednak, że posiada
zdecydowanie większa liczbę normalnych zakrętów. Takie typowe rolling hills. Na
każdej z pętli znajdują się 3 większe podjazdy, jednak nawet nie śmiałbym ich
porównywać do tego co jest w Gdyni 🙂 Zupełnie nie ta liga i miano podjazdu
zyskują jedynie ze względu na płaski obszar pozostałej części trasy.
Ostatecznie na 180km robimy jedynie 900m w górę – co oznacza, że gdyby to była
½ IM, to cała trasa miałaby jakieś 450m w górę. Dla porównania, nasza ukochana
Gdynia ma łącznie około 850m wzniesień. Wydaje mi się, że idealnie oddaje to
skale porównawczą i udowadnia, że zrobiony wcześniej research się opłacił.

Wobec komentarzy w Internecie, że jakoby na tej
trasie są mocne boczne wiatry od strony morza, zastanawiałem się czy wybór
dysku na tył to dobra decyzja. Jednak mogę zdecydowanie uspokoić, tragedii nie
ma i nie odczuwałem jakiejkolwiek różnicy względem naszych rodzimych zawodów –
warunki mieliśmy co prawda idealne, zarówno pod względem temperatury (okolice
19 stopni) jak i braku deszczu, jednak nie mogę powiedzieć, że było
bezwietrznie. Mimo to, jeśli ktoś nie miał wcześniej problemu z jazdą na dysku
– spokojnie bym montował na tą trasę i na tę pogodę, którą możemy tam zastać.

Część rowerowa, poszła również zgodnie z
planem, ale już takiego bez takiego dodatkowego zysku jaki udało mi się
wypływać w poprzedniej części. Czas 5:33:29 pozwolił na pokonanie trasy z
prędkością w okolicach 32.5kmh. Nie ukrywam ze od około 150km, zaczynała się
już walka i ciężko jazdę było nazwać komfortową. Z własnego doświadczenia mogę
tylko dopowiedzieć to co wszyscy mówią, a każdy i tak musi się przekonać o tym
na własnej skórze – oprócz kręcenia kółek nogami, naprawdę warto pamiętać o
jedzeniu i piciu. Mogę w tym miejscu rozpisywać się jakie to ważne i co za sobą
niesie, ale prawda jest taka, że większość z nas o tym wie…. a i tak robi co
innego 🙂 Mnie nie pomógł nawet alarm ustawiony na co 15 minut, który miał
dudnić i przypominać że pora czegoś się napić i czymś zakąsić 🙂

Osoby towarzyszące zawodnikowi, niestety mają
dosyć spory problem z wydostaniem się z miasta i kibicowaniem na zakończeniu
pętli rowerowej. Jeśli jednak komuś udałoby się wydostać z centrum (np.
rowerem), to polecam się kierować w okolice 82km, gdzie na zawodników czeka
bardzo duża liczba kibiców. Niestety przez większość trasy tego nie
uświadczymy, jedynie sporadycznie znajdą się localsi wychodzący przed swoje
domki i zagrzewający do walki.

Tup tup…
łup

Ponieważ staram się aby to bardziej był opis
samej imprezy, a nie walki z własnymi demonami… to z nieukrywanym smutkiem
postaram się jednak przypomnieć sobie ten epizod zawodów.

Trasa biegowa jest szybka – składa się z 4
pętli, a na każdej z nich czeka na nas jeden mini podbieg, który jednak po
całym dniu wrażeń, jest w stanie trochę nam uprzykrzyć życie. Pod względem
organizacyjnym – absolutnie nie mam do czego się przyczepić i widać, że
pieniądze z wpisowego, jednak nie są marnotrawione. Tak naprawdę punkty
odżywcze na pętli znajdują się średnio co 1.5km, a najdłuższy dystans jaki jest
pomiędzy stacjami żywienia nie przekracza 2.2km. Na bufecie jest dosłownie
wszystko czego potrzebujemy i w nielimitowanych ilościach – przez cały „bieg”
nie spotkałem się z sytuacją aby na którejkolwiek ze stacji brakowało jakiegoś
produktu, czy też aby cola była ciepła. Wszystko było idealnie schłodzone i
wygazowane. Tak naprawdę to właśnie na biegu, IM CPH błyszczy i jest
najpiękniejsza, zarówno dla zawodników jak i kibiców. O ile przez cały rower,
może trochę smucić fakt, że bardzo mało osób spotkamy na ulicach, tak w centrum
na całej pętli biegowej, ciężko znaleźć ciągle 200m gdzie nie byłoby szpaleru
kibiców. Cieszy to tym bardziej, gdyż to właśnie na tym etapie najwięcej rzeczy
może pójść nie tak i to właśnie wówczas jesteśmy najbardziej zmęczeni. Szczerze
mówiąc, to z całych zawodów najbardziej w pamięci zapadł mi właśnie bieg i jego
organizacja, która stała naprawdę na genialnym poziomie.

Podsumowując, prawdopodobnie IM w innych
miejscówkach może mieć piękniejsze krajobrazy i większą ilość kibiców na trasie
rowerowej. Jeśli jednak stawiamy na bardzo szybką trasę, klimat który jest
zbliżony do Polskiego, pogodę która nie zaskoczy nas upałami, płaską trasę
rowerową, łatwy transport – to wydaje mi się, że Kopenhaga jest godną
rozważenia opcją. Ja w każdym razie nie zawiodłem się na tej imprezie,
spełniłem swoje marzenie, a atmosfera i kibicujące centrum Kopenhagi z biegu,
pozostaną ze mną na długi czas. Bardzo mnie korci aby móc kiedyś porównać organizację
i klimat imprezy z IM Kalmar, jednak nie nastąpi to zbyt szybko –
prawdopodobnie nawet dużo dłużej, niż czas w jakim powstawał ten opis J

P.S. Na zakończenie pragnę tylko dodać od
siebie, że bardzo fajnie jest oglądać co roku transmisję z Kona i delektować
się uzyskiwanymi tam czasami. Jednak w najbardziej ciemnych chwilach wyścigu,
należy zaakceptować fakt, że jest się śmiertelnikiem i że czasem tempo 6:00 na
biegu to nie jest wolno J Powodzenia zarówno dla śmiertelników jak i tych prawdziwych mKoni J