Marzec…, próżno jeszcze wyczekiwać sezonu startowego dla triathlonistów.  Nadal jest to czas żmudnego liczenia kafelków na dnie basenu i rzeźbienia łydek na trasach biegowych. Tylko niektórym szczęściarzom udało się już przewietrzyć swoje szosy. 😉 Nagle na horyzoncie pojawiły się dwie imprezy tri i to w samej Łodzi! Obie zostały zorganizowane co prawda pod dachem, ale jednak długo czekałem na ten moment – był to znak, że już teraz będę mógł się sprawdzić i zobaczyć nad czym mam pracować przez resztę sezonu przygotowawczego.

Triathlon In da House 

Mój tegoroczny debiut wypadł na imprezie zorganizowanej przez ekipę 3Sports Events i Iwonę Guzowską (tak, tak, to ta znana fighterka). Areną Triathlonu In da House, bo pod taką nazwą rozegrano zawody na dystansie sprinterskim (750m-20km-5km). zostało XXXII LO na Widzewie.

Dzień przed zawodami zawiozłem mój rower do strefy zmian, tak jak umożliwił to organizator. Moim wielkim zaskoczeniem było fakt, że pakiet startowy odebrałem od samej Iwony. Bez żadnego skrępowania dopytywała się o moją formę, proponując przy tym koszulkę w najmniejszym rozmiarze 😛

Kilkanaście godzin później czekałem już na mój start w szkolnym basenie. Na torze trafił mi się, jak się później okazało, zwycięzca całej imprezy – Tomasz Marcinek. Już po samej jego rozgrzewce w głowie usłyszałem głos „stary, jeśli utrzymasz się w jego nogach choć przez jedną długość to będzie cud”. Po chwili ruszyliśmy… Zgodnie z moimi oczekiwaniami Tomaka, z etapu pływackiego zapamiętałem raczej jako chwilowe mignięcia 🙂 Po przepłynięciu 650m przy brzegu basenu zobaczyłem tabliczkę, z napisem 100m zanurzoną przez wolontariusza, abym na ostatnich 4 basenach mógł nadgonić rywali. Wiele mi to jednak nie pomogło ponieważ moja seria była niezwykle mocna. Wyszedłem z prawie pustego basenu na szóstej pozycji. Dobiegając do T1, widziałem już jak spora grupa osób siedzi na swoich rowerach i wpatrzona w wielki ekran śledzi swoje dystanse i prędkość.

Etap rowerowy z technologią NASA

 W tej konkurencji startowało się na swoich rowerach, wpiętych w trenażery organizatora. Przed samymi zawodami podawało się swoją wagę i ilość przełożeń w tylnej przerzutce. Dzięki dobranym obciążeniom, program trenażera była równy dla wszystkich zawodników. Dodatkowo swoich rywali można było śledzić na zamontowanych wyświetlaczach. Miało się podany podgląd do takich danych jak dystans, prędkość, czas, a nawet ilość watów i stratę czasową do poprzednika. Żeby było ciekawiej wyścig nie był rozgrywany na płaskim odcinku. Poniżej przedstawiam profil trasy z którym trzeba było się zmierzyć 🙂

 Po pokonaniu 20km wirtualnych gór można było dobiec do T2, a następnie na pierwszą wolną bieżnie elektryczną. Tutaj popełniłem taktyczny błąd. W zmęczeniu, nie wiedziałem gdzie dokładnie ją włączyć i szybko rozpędzić.

Po etapie rowerowym byłem nadal szósty, ale czekałem właśnie na tę konkurencję. Po rozpoczęciu biegu w tempie 3:45/km, usłyszałem od mojej dziewczyny, że niewiele mi zostało do poprzedniego, jak również do tego co jest na podium. Momentalnie mój palec nakazał bieżni podkręcić tempo do prędkości 3:30/km. Chwilę później, niesiony dopingiem Werki i Łukasza, przyśpieszyłem do 3:16/km. Niestety zabrakło mi po fatalnym etapie rowerowym, paręnaście metrów. Pomijając już moją rywalizacje, najciekawszym elementem konkurencji biegowej po pokonaniu 5km na bieżni, zejście z niej (w moim przypadku wywalenie się 🙂 ) i podbiegnięcie 10m pod wielki balon z napisem META. Dopiero w tym momencie czas zawodnika został zatrzymany.

 Wielkie brawa dla wolontariuszy, którzy dzielnie wachlowali zawodników na etapie rowerowym i biegowym. Niestety jedynym babolem tej imprezy były wyniki. Oficjalnie widnieję jako 5. open i 1. w kategorii wiekowej. W rzeczywistości Robert Filipiak (chłopak, którego nie udało mi się dogonić na bieżni) znalazł się w obu przypadkach o jedną pozycję przede mną. Wielkie brawa dla niego za dobry start! Dodatkową niespodzianką było podanie posiłku regeneracyjnego w dwóch wersjach do wyboru (mięsnej i wegetariańskiej) 🙂

Relacja z zawodów:

Ocena imprezy 8+/10

  Łódź Triathlon Indoor

Kolejną imprezą z jaką przyszło mi się zmierzyć w marcu, był #1 Łódź Triathlon Indoor zorganizowany przez Łódź Running Team. Start usytuowany był w ekskluzywnym kompleksie sportowym na Nowej Gdyni. Z niecierpliwością czekałem na tę imprezę po pozytywnych wrażeniach z Triathlonu In da House. Założenia tych dwóch eventów były zgoła inne.  W tym przypadku należało poszczególne konkurencje pokonać z jak najdłuższym dystansem w określonym czasie. Dla pływania było to 10 min, roweru 20 min, a dla biegu – 15 min. Należy dodać, że konkurencje nie były rozegrane jedno po drugiej, jak w prawdziwym tri, lecz z 3-5min przerwą na dojście wszystkich zawodników do „urządzeń tortur”. 😉 Już w tym momencie nasuwało się pytanie jak te dystanse będą przeliczane dla konkurencji znacznie wolniejszych od kolarstwa. Organizator częściowo uwzględnił to i przemnażał przepłyniętą odległość razy 7, jednak na moje nieszczęście  z góry było wiadome, że jak prawie każdy triathlon na całym świecie, tak i ten faworyzował etap rowerowy 😉

Nadszedł dzień wyścigu i słysząc dźwięk startu, natychmiast wyruszyłem na mój 10 minutowy pływacki test Coopera. Na jednym torze startowałem z Kosiormanem (moim współlokatorem z Triathlonowej Meliny). Wielkie brawa dla niego, ponieważ pomimo słabszego pływania od mnie, etap ten ukończył z jedynie 25-metrową stratą. Następnie po szybkim uspokojeniu oddechu, udaliśmy się do swoich przygotowanych przez organizatora rowerków spinningowych. Niestety chwile później stało się coś strasznego… 

Szczegóły i loteria…

Na etapie rowerowym legła cała impreza. Niestety nie zostały dopilnowane szczegóły. Niektóre liczniki, które był zamontowane przy rowerkach, powyżej jakiejś prędkości rozłączały się. Mój na przykład, przy jeździe ponad 43km/h nie łapał wszystkich cykli koła. Impreza automatycznie stała się loterią, a spotęgował ją dodatkowo fakt, iż opór na rowerkach ustawiono „na czuja”. Pechowo należałem do tej grupy zawodników, którzy przez 20 min zmagali się z wirtualnym podjazdem 🙂 Deprymującym był fakt, że obok mnie widziałem grupę zawodników, którzy pedałowali z kadencją 120, prędkością 45 km/h, dodatkowo spokojnie przy tym rozmawiając… 🙂 Po tym etapie już mogłem zapomnieć o podium, widząc wynik na liczniku 8,7km 😀 

Na koniec, po zamulającej jeździe rowerem, miałem już tylko plan na walkę o zwycięstwo w kategorii „najlepszy biegacz”.  Po 15 min mocnego biegu na ekranie zobaczyłem rezultat 4,125km (śr. 3:38 min/km). Na szczęście ten wynik pozwolił na przywiezienie drewnianego pucharu do Triathlonowej Meliny 😉

 Ocena imprezy: 3+/10

Podsumowując, w miesiącu w którym zaczyna się wiosna można być już po dwóch triathlonowych startach nie wyjeżdżając z Łodzi! Co do opisywanych imprez, jak widać formuła może być zupełnie inna lecz na sukces organizacyjny składają się szczegóły. Bezbłędnie z organizacji wywiązała się Iwona Guzowska wraz z swoją ekipą. Dla Łódź Running Teamu był to pierwszy taki event, a opłata startowa była o połowę niższa niż na „Triathlon In da House”. Mimo mniejszych i większych problemów starali się jednak podołać wyzwaniu związanemu z organizacją tak złożonych zawodów. Mam nadzieję, że z roku na rok nasza łódzka triathlonowa rodzina będzie mogła się cieszyć z większej ilości podobnych imprez.