Zawodnik z Województwa Łódzkiego z medalami Mistrzostw Europy!

Wyśmienite wieści dotarły do nas z Kaposvár w południowo-zachodnich Węgrzech, gdzie wczoraj odbyły się Mistrzostwa Europy Światowej Federacji Quadrathlonu. Krzysztof Wolski, z którym niecałe dwa tygodnie temu przeprowadzaliśmy na łamach naszego portalu wywiad wywalczył w nich dwa medale!

Pochodzący z Gałkowa Małego zawodnik potrzebował czasu 1:40:28, aby przepłynąć wpław 750 metrów, przejechać na rowerze 20 kilometrów, przepłynąć kajakiem 4,5 kilometra, a na koniec przebiec jeszcze 5 kilometrów! Pozwoliło mu to na zajęcie trzeciego miejsca w klasyfikacji generalnej mężczyzn oraz drugiego w kategorii wiekowej.

Quadrathlon
Medalowa zdobycz Krzysztofa Wolskiego – brąz open i srebro w kategorii wiekowej

Zawodnik reprezentujący klub Krzysztof Wolski Sport Triathlon stoczył bardzo zaciętą walkę o brązowy medal wśród panów, ostatecznie wyprzedzając rywala na ostatniej rundzie biegowej i meldując się przed nim na mecie jedynie o 27 sekund.

Poziom zawodów był nie tylko bardzo wysoki (Wolski popłynął tempem 1:27 min/100m oraz pobiegł tempem 3:54 min/km), ale też niezwykle wyrównany. Polak przegrał złoto w kategorii wiekowej z reprezentującym Belgię Peterem Wiliamsem jedynie o minutę i trzy sekundy, a do tytułu Mistrza Europy open zabrakło jedynie dwóch minut i dwóch sekund. Imprezę wygrał reprezentant gospodarzy Ferenc Csima. Link do pełnych wyników

Quadrathlon
W czołówce było naprawdę ciasno!

W wyścigu pań karty rozdawały Niemki. Złoto zdobyła Lisa Teichert, a brąz Susanne Walter, obie reprezentujące ten kraj. Na podium rozdzieliła je reprezentantka gospodarzy Lilla Kovács.

Impreza ExtremeMan Kaposvár 2020 potrwa do niedzieli. Wśród zawodów do rozegrania wciąż pozostaje eXtremeMan 113 Kaposvár, czyli triathlon na dystansie popularnej połówki.

Łódzcy Orientaliści w Triathlonie – Marcin Ciupa

Nasza redakcja chciałaby przybliżyć sylwetkę łódzkich triathlonistów, którym nieobce jest bieganie z mapą po lesie. Zanim zaczniemy odpowiedzmy sobie na pytanie co to są te biegi na orientację. Jest to dyscyplina sportu w skrócie nazywana BnO, polegająca na jak najszybszym odszukaniu wszystkich punktów w terenie oznaczonych na mapie. Po więcej szczegółów o tej arcyciekawej dyscyplinie zapraszam na orienteering.org.pl

Naszym pierwszym orientalistą, bo taka potocznie nazywani są zawodnicy tej dyscypliny sportu będzie Marcin Ciupa z Wild Ducks.

Klub Triathlonowy: SNG Wild Ducks

TŁ: parafrazując słynne pytanie: co było pierwsze, triathlon czy biegi na orientację? 

MC: U mnie jednak to triathlon jest wynikiem “biegania za abażurami” (abażur/lampion – nazwa punktu orientacyjnego w terenie), ale rzeczywiście start w Adventure Trophy 2017 pokazał mi jaką frajdą i niekłamaną przyjemnością jest połączenie tych dyscyplin. No i 2 miejsce w debiucie na trasie MM (duety męskie) było wisienką na torcie.

Klub BnO : UKS Orientuś Łódź

TŁ: To ile to już lat biegasz za tymi ”abażurami” i czemu ostatecznie postanowiłeś spróbować triathlonu?

MC: Moja przygoda ze sportem trwa raczej krótko, raptem ostatnie cztery lata. Myślę, że najważniejsze co mam do przekazania to, że każdy, absolutnie każdy może zacząć tę podróż. Niezależnie od wieku (rozpoczynałem po 35 roku życia), wagi (130kg) i praktycznie braku wcześniejszej aktywności….

Wszystko dzięki treningom biegu na orientację, a początki to przypadek. Rozpoczęło się od przywożenia syna na treningi UKS Orientuś Łódź, gdzie podczas jego biegania nadrabiałem zaległości czytelnicze. Po kilku cotygodniowych oczekiwaniach na parkingu pojawiła się idea, żeby samemu zacząć truchtać. Z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc poprawiała się wydolność, wydłużały się dystanse i okazało się, że to bardzo uzależniające. Później zaczęły się starty w zawodach, wyjazdy na Mistrzostwach Polski w BnO i ta pasja trwa do dziś. Predyspozycji do biegania raczej nie miałem, ale nadrabiałem nawigacją i tym, że z zasady nie odpuszczam.

Równolegle do biegania zacząłem jeździć MTB, a z czasem startować w Rowerowych Maratonach na Orientację. Okazało się, że nadrabiam wytrzymałością 😊 Nie mogę szybko, ale mogę długo. Z czasem przyszły też dobre wyniki (Ekstremalny Rajd na Orientację HARPAGAN 24/196 zawodników na TR100km), motywujące do dalszych treningów.

Równolegle do przygody związanej z orientacją, wokół mojego miejsca pracy zawiązała się grupa dobrych kumpli, zapaleńców, którzy trenowali te same aktywności, ale bez mapy. Mówię oczywiście o SNG Wild Ducks. W teamie są i biegacze i rowerzyści, ale także triathloniści. To chyba była największa motywacja do łączenia treningów i dyscyplin multisportowych. Nie zapomnę weekendu, w którym po 130 km na Harpaganie, następnego dnia za namową przyjaciół „dla funu” wystartowałem w duathlonie w Aleksandrowie… i nie umarłem 😊. Dzięki wspólnym treningom i wzajemnej motywacji coraz więcej „Łajdaków” zaczęło przygotowywać się do zawodów triathlonowych: na różnych dystansach od 1/8 po IM, od startów indywidualnych po sztafety.

Nie lubię pływać i to zawsze była bariera wstępu do triathlonu (tego klasycznego), ale gdy tylko pojawiły się informacje o Triathlonie w Skierniewicach nie wahałem się ani chwili. Można powiedzieć, że to był mój debiut w triathlonie (pływanie zastąpione było etapem kajakowym). Po ostatniej edycji Skierniewic podjąłem decyzję o spróbowaniu sił w „prawdziwych zawodach” i rzutem na taśmę stworzyliśmy sztafetę, która tydzień później wystartowała w Triathlonie Stryków. W planach na ten rok był debiut w Ślesinie, ale trzeba to odłożyć na przyszłość, miejmy nadzieję – niedaleką.

TŁ: Jakie widzisz podobieństwa między tymi dyscyplinami?

MC: To co je łączy to treningi multisportowe, wyrobienie nawyków treningowych, konieczność pogodzenia ze sobą innych obowiązków (rodzina, praca), tak aby stanowiło to swoistą równowagę. Ten balans jest niezbędny.

TŁ: Czy myślałeś o czymś więcej niż BnO i triathlon, np. swimrun, rajdy przygodowe?

MC: Pytałeś o rajdy przygodowe. Tak naprawdę to moja największa pasja. To one i treningi kilku dyscyplin równolegle mają najwięcej wspólnego z przygotowaniem do triathlonu. Dla osób niezaznajomionych z tematem to także połączenie kilku dyscyplin w konwencji imprezy na orientację: przeplatające się odcinki rowerowe, biegi, trekking, zadania linowe, odcinki swim&run, kajaki a nawet na najdłuższych trasach rolko-trekking… Zachęcam każdego do spróbowania! W AR (adventure race) właśnie widzę najwięcej podobieństw do triathlonu. P.S. Zachęcam do wciągnięcia w treningi i starty swoich najbliższych. Nie dość, że ułatwia to logistykę to jeszcze pozwala na aktywne spędzanie wolnego czasu we wspólnym gronie.

TŁ: Ja bardzo dziękuję Marcinowi za wywiad, a niebawem zapraszam na kolejny artykuł o naszych orientalistach. Tym razem bohaterami będą Kacper Pawełczyk i Łukasz Ziuta Wójcik.

Historia Łódzkiego Triathlonu – wywiad z Krzysztofem Wolskim cz. 1

Triathlon Łódź: Dziś chciałbym bliżej przedstawić postać Krzysztofa Wolskiego, która nie jest obojętna ani dla historii łódzkiego triathlonu, a nawet światowego quadrathlonu!

Krzysztof Wolski: Cieszę się Mateusz, że wpadłeś na pomysł odkurzenia kawałka historii łódzkiego triathlonu. Zmotywowałeś mnie do przejrzenia mojego triathlonowego archiwum – wyników, zdjęć, wspomnień…
Przewertowałem kilkukrotnie wszystkie triathlonowe „skarby” skrupulatnie zbierane od czasu jak zacząłem moją przygodę z tym pięknym sportem.

Mam nadzieję, że nie zanudzimy czytelników sporą dawką wspomnień, tym jak 15 – 20 lat temu wyglądał triathlon, szczególnie tu na naszym „podwórku”.


TŁ: To może zacznijmy od początku. Kiedy w Twoim życiu pojawił się triathlon i od kiedy zacząłeś treningi do tego sportu?

KW: Może to co powiem nie będzie oryginalne, ale tak było. Triathlon po raz pierwszy w moim życiu pojawił się w 1999 bądź 2000 roku, kiedy trafiłem w telewizji na transmisję Mistrzostw Świata Iron Man. To wystarczyło żebym złapał bakcyla. Bazę wówczas miałem całkiem niezłą. Pierwsze 4 lata szkoły podstawowej spędziłem w klasie pływackiej, gdzie pod okiem trenerki Grażynki Zbudniewek nauczyłem się pływać i brałem udział w zawodach pływackich. W liceum, po czteroletniej przerwie od regularnych treningów na basenie, wróciłem do pływania. Biegać lubiłem. W ostatnich latach podstawówki całkiem dobre wyniki osiągałem w międzyszkolnych zawodach biegowych. A rower? Jako dzieciak śmigało się ze starszym bratem tu i tam, a za czasów liceum czasami dojeżdżało się do szkoły 20 km. Były również akcje dłuższych jednodniowych wycieczek po 100 i więcej kilometrów. Wystarczyło zebrać to wszystko w jedną całość i tyle.

Wąsosze Triathlon 2001- eliminacje do Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży

Pierwszym triathlonem, w którym wziąłem udział był triathlon w Wąsoszy 27 maja 2001 roku. Część pływacka odbyła się na jeziorze Ślesińskim. Z racji tej, że woda w tym jeziorze była „podgrzewana” to był zakaz pływania w piankach. Kąpielówki wystarczyły. Strój na część kolarską i biegową miałem „profesjonalny” – zwykły T-shirt i tenisówki 🙂 Zawody w Wąsoszy były eliminacjami do Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży w sportach letnich, która to Olimpiada odbyła się dwa miesiące później w Chodzieży. W międzyczasie udało mi się zdobyć jeszcze trochę triathlonowego doświadczenia na Otwartych Zawodach w Triathlonie Młodzików i Juniorów Młodszych 9 czerwca w Żywcu i na łódzkim triathlonie 22 lipca. Tydzień później reprezentowałem województwo łódzkie na Olimpiadzie Młodzieży.

Chodzież Triathlon 2001 – finał OOM

TŁ: Jak na początku Twojej przygody z tym sportem, wyglądały realia trenowania w naszym województwie?

KW: W pierwszym roku swojej zabawy w triathlon trafiłem na kilku pasjonatów tej dyscypliny sportowej w siedzibie Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej „Jedność”. Jeszcze bardziej „nakręciłem” się na tę dyscyplinę. W 2002 roku reprezentowałem już klub SKS Delfin Łódź. W działania sekcji triathlonu w tym klubie bardzo mocno zaangażowany był Grzegorz Kłos. Dzięki podejmowanych przez pana Grześka działań kilku młodych zawodników z Łodzi miało zorganizowane treningi. Z wielkim sentymentem wspominam również letni obóz kondycyjny w Rochnie koło Koluszek. Pod czujnym okiem trenera Jurka Słodaka przygotowywaliśmy się  do startów w 2002 roku. Treningi pływackie realizowaliśmy na odkrytym, betonowym basenie wybudowanym na rzece Mrodze. Pamiętam jak podczas treningu kolarskiego w Rochnie otrzymałem telefon od Mamy, że dostałem się na studia 🙂 Kształcenie się w kierunku pedagogika ze specjalnością wychowanie fizyczne i zdrowotne pomogło mi w przyszłości rozwijać moją karierę sportową, ale również mogłem dzielić się wiedzą i umiejętnością z zawodnikami, którzy chcieli bawić się również w triathlon.

Górzno 2002 – Mistrzostwa Polski – dystans olimpijski

Od 2004 roku na kilka kolejnych lat nasza sekcja triathlonu trafiła pod skrzydła łódzkiego klubu MKS „Metalowiec” i trenera Władka Kierczyńskiego.

Rozwijałem się sportowo, wyniki z roku na rok były coraz lepsze. Udało nam się wciągnąć do sekcji triathlonu jeszcze kilka osób więc grupa 12 – 15 triathlonistów, jak na tamte czasy, była liczna.

Chodzież 2004 – Mistrzostwa Polski – dystans sprint

W sezonie treningowym 2006 – 2007 dodatkowo miałem przyjemność prowadzić treningi pływackie sekcji triathlonu.

Razem z trenerem Kierczyńskim przygotowywaliśmy zawodników do sezonu startowego. Kilku z nich reprezentowało województwo łódzkie na XIII Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży w Sportach Letnich.

Nie muszę Ci Mateusz przypominać, że byłeś jednym z tych zawodników i również zdobyłeś punkty dla naszego województwa 🙂

W klasyfikacji końcowej na 31 klubów zajęliśmy 15 miejsce.

W latach 2008 – 2009 razem z kolarzem Andrzejem Liwińskim podejmowałem działania reaktywacji Stowarzyszenia Amatorskiej Grupy Cyklistów (A.G.C. 2-L „SPRINT”) i utworzenia przy tym stowarzyszeniu sekcji triathlonu. Celem było zebranie łódzkich triathlonistów w jednym miejscu. Nie do końca się to udało. Grupa się nie utrzymała. Wielu zawodników poszło w swoje strony (studia, praca, rodzina), a mi osobiście może zabrakło zapału do tego żeby pełnić rolę tak zwanego konia pociągowego, który „rozbujałby” temat grupy.

Łódź Triathlon 2001 – odprawa techniczna

TŁ: Jesteś w stanie wymienić pierwsze imprezy w naszym województwie? A przede wszystkim opisać swój udział w nich?  

KW: Pierwszą imprezą triathlonową w województwie łódzkim, o której już wspomniałem to Zawody o Puchar Prezesa UKFiS M. Nowickiego na dystansie sprinterskim zorganizowane w dużej mierze przez mocno zaangażowanych pasjonatów wspomnianego już TKKF „Jedność”. Rywalizacja odbyła się 22 lipca 2001 roku na Stawach Stefańskiego. Jak napisano w Expressie Ilustrowanym z dnia 13 lipca 2001 roku „Będzie to pierwsza tak duża i oficjalna impreza w tej dyscyplinie sportu”. Nie jestem w stanie powiedzieć czy odbywały się już wcześniej jakieś zawody triathlonowe w Łodzi. Impreza odbywała się cyklicznie do 2004 roku. W sumie przez te cztery lata w łódzkich zawodach triathlonowych wystartowało około 270 zawodników.

Łódź Triathlon 2001 – strefa zmian T1

Nie można również nie wspomnieć o łowickim duathlonie organizowanym na początku każdego sezonu triathlonowego przez Ośrodek Sportu i Rekreacji w Łowiczu. To właśnie tam, 13 maja 2001 roku, podczas V Łowickiego Ogólnopolskiego Duathlonu o Puchar Łowicza rozpocząłem swoją przygodę z triathlonem. Rzuciłem się od razu na „głęboką wodę” stając do rywalizacji na dystansie standard (10 km I bieg – 40 km jazda rowerem – 5 km II bieg). Do tego mój „profesjonalny” strój – tenisówki, najzwyklejszy T-shirt i krótkie, letnie spodenki 🙂

Łowicz Duathlon 2001

W latach 2004 – 2006 wraz z grupą mocno zaangażowanych ludzi z pływalni w Konstantynowie Łódzkim

organizowaliśmy „Triathlon Sprinterski o Puchar Dyrektora Centrum Sportu i Rekreacji w Konstantynowie Łódzkim”. Była to wyjątkowa formuła rozgrywania triathlonu. Część pływacka odbywała się na pływalni. Startowaliśmy w seriach, po 1 – 2 osoby na torze. Po ukończeniu przez wszystkich rywalizacji na basenie przemieszczaliśmy się w teren, na miejsce startu do etapu kolarskiego i biegowego. Najszybszy pływak wyruszał na trasę kolarską jako pierwszy, a każdy kolejny zawodnik wypuszczany był na trasę z różnicą czasową jaką osiągnął na części pływackiej. Bardzo sympatyczne, kameralne zawody. Co prawda ilość startujących zawodników może nie była powalająca (15 – 18 osób), ale dzięki tej imprezie udało się zwerbować do sekcji łódzkiego triathlonu kolejnych kilku zawodników.

25 czerwca 2005 roku klub MKS „Metalowiec” był organizatorem I Strykowskiego Triathlonu „Stryków 2005”. W ramach tych zawodów odbyły się Mistrzostwa Polski Lekarzy i Farmaceutów. Zawody te zaliczane były również do Pucharu Polski kategorii wiekowej Weteran.

Rok później, 30 lipca, odbyła się w Strykowie Ogólnopolska Olimpiada Młodzieży w Triathlonie. Pewnie Mateusz pamiętasz, że również na tej Olimpiadzie reprezentowałeś województwo łódzkie.

Od 2005 roku, przez pięć kolejnych lat, razem z Łódzkim Wodnym Ochotniczym Pogotowiem Ratunkowym organizowaliśmy w Łodzi zawody triathlonowe. Pierwsze dwa lata rywalizację przeprowadzaliśmy na Stawach Stefańskiego, kolejne trzy w Arturówku. W 2005 roku z powodu nie dopuszczenia przez sanepid zbiornika wodnego do kąpieli zorganizowaliśmy duathlon. Dzięki wielkiemu zaangażowaniu niewielkiej grupy ratowników łódzkiego WOPR przez 5 lat z rzędu byliśmy w stanie zorganizować i przeprowadzić jak na owe czasy naprawdę fajne imprezy. Niezastąpione wsparcie mieliśmy ze strony pana Jerzego Augustyniaka, wielkiego sympatyka, działacza, sędziego triathlonu. To pan Jurek podpowiadał nam i pomagał załatwić wszystkie formalności związane z przygotowaniem i przeprowadzeniem zawodów triathlonowych zgodnie z wszelkimi przepisami, wytycznymi, pozwoleniami.

W tych latach metę łódzkiego triathlonu przebiegało od 39 do 64 finiszerów.

Tak jak wspomniałem na początku naszego wywiadu zabawę w triathlon rozpocząłem w 2001 roku. Pierwsze lata to było tak naprawdę poznawanie „smaku” tej dyscypliny, zbieranie doświadczeń, umiejętności. Jednocześnie mój wrodzony duch walki motywował mnie do tego żeby z roku na rok być lepszym, znajdować się na coraz wyższych pozycjach na listach z wynikami zawodów. Chciałem również rozpropagować tę dyscyplinę w Łodzi, zachęcić zarówno młodzież jak i osoby  dorosłe do uprawiania tej pięknej dyscypliny sportowej. Pomagało mi w tym wspomniane już środowisko łódzkiego WOPR, do którego przecież też należałem i niezastąpiony Jerzy Augustyniak.

Łódź Triathlon 2001 – Meta

Przez te wszystkie lata zabawy w triathlon mocno wspierali mnie rodzice. Dzięki nim mogłem poświęcić sporo czasu na treningi oraz skupić się na przygotowaniach do sezonu startowego. Jeździli ze mną na każde zawody, nie tylko triathlonowe, które odbywały się w przeróżnych zakątkach Polski.

Warto również wspomnieć, ponieważ nie wszyscy pewnie zdają sobie z tego sprawę, że 15 – 20 lat temu triathlon w Polsce wyglądał trochę inaczej niż obecnie. Po pierwsze ilość czynnych zawodników była o wiele skromniejsza niż obecnie. Nie było wówczas podziału na elitę i age group. Kategorie wiekowe junior, młodzieżowiec, senior i weteran startowały razem. Dla zobrazowania „kameralności” triathlonu w tamtych czasach  warto przytoczyć kilka danych liczbowych.

Liczba finiszerów podczas Mistrzostw Polski na dystansie sprinterskim:

2001 – 108

2002 – 75

2003 – 118

2004 – 109

2005 – 73

Liczba finiszerów podczas Mistrzostw Polski na dystansie olimpijskim:

2002 – 133

2004 – 126

2005 – 109

2006 – 135

Miło było powspominać pierwsze lata mojej zabawy w multisport. Osobiście bardzo cieszę się z tego, że po 19 latach w tym sporcie nadal mam zapał do ciężkich treningów i startów na zawodach i co bardzo cieszy, z całkiem przyzwoitymi wynikami 🙂

Nie ukrywam, że dwa lata temu postanowiłem jeszcze urozmaicić sobie trochę życie sportowe, dorzucić do triathlonu pływanie kajakiem wyczynowym i co za tym idzie rozpocząłem zabawę w Quadrathlon.

CDN.

……………………………………….

STATYSTYKI Startów Krzysztofa Wolskiego:

MISTRZOSTWA POLSKI

Sprint:

2001 – Żywiec – 108 finiszerów (wystartowałem wówczas w Otwartych Zawodach w Triathlonie Młodzików i Juniorów Młodszych – 39 finiszerów (Krzysztof Wolski 31)

Chodzież (sprint):

2002 – 75 finiszerów (Krzysztof Wolski 55)

2003 – 118 finiszerów (KW 46)

2004 – 109 finiszerów (KW 62)

2005 – 73 finiszerów (KW 30)

Dystans olimpijski:

2002 – Górzno – 133 finiszerów (KW 76)

2003 – brak danych

2004 – Kędzierzyn Koźle – 126 finiszerów (KW 26)

2005 – Górzno – 109 finiszerów (KW 10)

2006 – Górzno – 135 finiszerów (KW 25)

ZAWODY W ŁODZI:

2001 – 46 finiszerów (KW 12)

2002 – 74 finiszerów (KW 10)

2003 – 66 finiszerów (KW 20)

2004 – 76

= 262 finiszerów/4 lata

2005 – duathlon

2006 – 39 finiszerów (KW 2)

2007 – 64 finiszerów (KW 6)

2008 – 43 finiszerów (KW nie startował)

2009 – brak danych (KW nie startował)

Łódzki WOPR:

„Łódź sprint 2005” – Łódź, Stawy Stefańskiego – z powodu nie dopuszczenia zbiornika wodnego do kąpieli zorganizowaliśmy duathlon.

„Łódź Sprint 2006” – Stawy Stefańskiego, 16.07.2006

„Łódź Sprint 2007” – Arturówek, 12.08.2007

„Łódź Sprint 2008” – Arturówek, 09.08.2008

„Łódź –sprint MTB 2009” – Arturówek, 15.08.2008 – crosstriathlon

Początek sezonu na przekór pandemii. Sebastian Gwiazdowski – “Jak się bardzo chce, to można”.

Kiedy wstałem rano i zobaczyłem, że pogoda nie sprzyja, to już miałem ochotę odpuścić. To jest to, o czym mówił też Kuba Kimmer – człowiek ponad pół roku czekał na możliwość startu, a jak mu wreszcie ktoś zorganizował zawody i to pod samym nosem, to chce odpuścić “bo chłodek”.

Mało kto chyba, z wyjątkiem samego organizatora, który powtarzał, że “jak się coś bardzo chce, to można”, wierzył w szansę odbycia się imprezy. Tower Triathlon Bolesławiec zadziwił jednak wszystkich i wystartował 31 maja, piąty rok z rzędu!

Mimo, że za namową Werki i Matiego zebrałem się jednak z łóżka, to nadal nie do końca przekonywała mnie wizja pływania w lodowatej wodzie. Obiecałem sobie, że jeśli będzie poniżej 15°C to robię duathlon. Na moje (nie)szczęście poranny pomiar wskazał dokładnie 15 stopni! Musiałem płynąć.

Wcisnąłem się w dziurawą już piankę, naciągnąłem na głowę 2 czepki i ustawiłem się na linii startu. Odliczanie od dziesięciu to było zdecydowanie za mało, aby przygotować się psychicznie na zetknięcie z zimną taflą.

Aby jeszcze bardziej oddalić ten nieprzyjemny moment, zamiast motylka zdecydowałem się na dobiegnięcie tak daleko, jak tylko się dało. Był to jedyny moment zawodów, kiedy scigaliśmy się z delfinkującym Matim łeb w łeb. 😀

Ostatecznie jednak musiałem rzucić się w wir pralki, przeżywając przy tym szok termiczny. Najpierw postarałem się uspokoić oddech, a następnie powolutku, z każdym krokiem coraz bardziej przyzwyczajałem się do niesprzyjającej temperatury wody.

Już w okolicach mostu, czyli po jakichś dwustu metrach czułem się nawet całkiem komfortowo.

750 metrów dla kogoś kto w tym roku przepłynął może łącznie 3 km na treningach u Ludwika to zdecydowanie za dużo. Zajęło mi to tak długo, że dosłownie zacząłem się nudzić! 😀

Na wyjściu z wody zegar pokazał dokładnie 150% mojego czasu pływania sprzed dwóch lat. Okazało się to potem mieć przełożenie na całe zawody, które ukończyłem w czasie 1:29:46 (wobec 1:01:11 z roku 2018).

W strefie zmian nie chciałem się zbytnio eksploatować, dlatego wykonałem ją bardzo spokojnie. Rower z kolei od samego początku był walką z podjazdami i przednim wiatrem, więc szybko odczułem skutki kumulującego się zmęczenia. Nie udało mi się też dowieźć do jego konta wysokiej 14-tej lokaty, którą zajmowałem po pływaniu. Spotkałem za to po drodze trenującą Werkę i wykrzyczałem Matiemu, żeby zapie…rniczał, bo jest trzeci z facetów. 😀

Ku mojemu zaskoczeniu cały czas za mną znajdowała się jedna z czołowych triathlonistek w województwie – Beata Światłowska. Przeszło mi nawet przez myśl, że może utrzymam przewagę do samej mety, Beata jednak skutecznie wybiła mi ją z głowy na 2 kilometry przed metą, mijając mnie jak przysłowiowy “wóz z gnojem”. 😀 Okazało się, ze podobna przygoda spotkała Matiego, który towarzyszył mi na ostatniej rundzie w ramach swojego roztruchtania. Poniżej kilometra przed metą wyprzedził go Paweł Bułeczka wskakując tym samym jego kosztem na najniższy stopień podium. Zwyciężył Kuba Kimmer przed Tomaszem Brettem, a ja “dobiegłem” do mety zawrotnym tempem 5:45 min/km, na całkiem satysfakcjonującej mnie 19-tej lokacie!  Tuż przede mną Beata, najwyżej z województwa, ale na najmniej lubianym przez sportowca – 4-tym miejscu.

Tower Triathlon Bolesławiec, 31.05.2020
dystans: sprint (750m-20km-5km)

Mężczyźni:

1. Jakub Kimmer – 1:02:55
2. Tomasz Brett – 1:07:29
3. Paweł Bułeczka – 1:07:32

Kobiety:

1. Natalia Krawczyk – 1:05:17
2. Natalia Rypel – 1:07:51
3. Monika Wojciechowska – 1:24:43

W zawodach wystartowało 26-ciu mężczyzn, 6 kobiet oraz jedna sztafeta. Kolejna okazja do startu w Bolesławcu już 26 lipca, kiedy to Sebastian Gwiazdowski zorganizuje zawody na dystansie pół ironmana oraz 538 (500m/30km/8km). Zapisy już wystartowały a zapisać można się pod poniższym linkiem:

https://foxter-sport.pl/tower-triathlon-538-12-im-2020

Co tam słychać u Izy;)

Cześć!

Napisaliśmy z zapytaniem do naszej czołowej zawodniczki z województwa, czy czasem się nie nudzi 😉

Triathlon Łódź: Jak wpływa na Ciebie psychicznie obecna sytuacja?

 

Izabela Sobańska: Szczerze to przestałam śledzić co się dzieje dookoła. Za bardzo mnie denerwuje choćby polityka, zakłamanie, oszukiwanie, szerzenie nieprawdziwych informacji i wszystko co się dzieje w naszym kraju jak i na świecie. Odcinam się od tego. Nie chcę tracić energii na sprzeciw i bunt jaki rodzi się we mnie za każdym razem jak zagłębiam się w całe to bagno. Wolę skupiać się na tym, na co mam wpływ a zajęcia mam naprawdę bardzo dużo, chyba aż za dużo, bo codziennie padam ze zmęczenia, czasem nawet sama nie wiem kiedy. Co do samego wirusa to trochę martwię się o swoich najbliższych ale mam nadzieję, że wszyscy wyjdziemy z tego obronną ręką. Brakuje mi trochę kontaktów społecznych z bliskimi mi osobami. Poza tym część ograniczeń jest według mnie bez sensu i zdecydowanie mi nie na rękę.

TŁ: Co się zmieniło od czasu pojawienia się wirusa w Polsce?

 

IS: Nie trenuję na basenie i siłowni, ponieważ są zamknięte. Trening pływacki zastępuję sesjami na dedykowanych takiemu treningowi gumach natomiast trening siłowy wykonuję we własnym pokoju z minimalnym użyciem sprzętu do ćwiczeń.  Opuściłam na stałe Łódź i wróciłam do mieszkania na wsi. Nie chodzę na uczelnię i nie pracuję. Za to spełniam się w ogrodnictwie i stolarce. Kontakty społeczne mam ograniczone do minimum. Przestałam chodzić głodna, bo nie przejmuję się wagą startową. Ogólnie to wcale nie żyje mi się źle.

TŁ: Jak obecnie wyglądają Twoje treningi? Zwolniłaś tempo?

IS: Przez ostatni miesiąc wychodziło mi po 14-20 godzin treningu w tygodniu. Nie zwolniłam a wręcz się rozpędzam. 

TŁ: Jak musiałaś zweryfikować plany startowe?

IS: Tego chyba nie wie jeszcze nikt, sporo już przepadło a raczej zostało przełożone na nowy termin, w którym nie wiadomo czy się odbędzie. Miał być atak na życiówkę na dystansie 10km w marcu w Poznaniu, później otwarcie sezon triathlonowego na połówce Challenge Salou, później kolejny bieg po rekord tym razem w półmaratonie. Dalej duathlon, MP na połówce, debiut na dystansie Ironman. Ale czy w ogóle coś w tym roku się odbędzie…? Jeśli tak – ja będę gotowa!

TŁ: Masz jeszcze kilka słów na koniec?

IS: Dbajcie o siebie, trzymajcie się w zdrowiu i powodzenia w innych sferach życia, bo tam również nie jest kolorowo!

TŁ: Razem z całą redakcją Tobie i wszystkim naszym czytelnią również dołączamy się do tych życzeń. 

Kino Triathlonisty – Sportowe Filmy Dokumentalne

Cześć. Mamy nadzieję, że filmy obejrzane i że przypadły Wam do gustu. Dzisiaj kilka fajnych filmów dokumentalnych, niekoniecznie tylko w tematyce triathlonu. Warto obejrzeć zarówno z dupą w siodle (na trenażerze oczywiście) lub na sofie.

IKAR

Zarąbisty film. Początkowo autor dokumentu miał inny pomysł na swój obraz, ale na szczęście dla niego jak i dla nas, znalazł ciekawszy temat. Doping w Rosji. Film wywołał ogromną burzę w świecie sportu i polityki. Naprawdę warto obejrzeć…

WE ARE TRIATHLETES

Reżyser dokumentu śledzi przygotowania szóstki zawodników do zawodów na dystansie Ironman w Roth. W filmie pojawia się Mark Allen jak i inni uznani triathloniści, jak chociażby Luke McKenzie czy Mirinda Carfrae. Jednym z producentów jest Bob Babbitt.

https://www.amazon.com/We-Are-Triathletes-Bob-Babbitt/dp/B07NVY3Y5L/ref=as_li_ss_tl?keywords=we+are+triathletes&qid=1555607963&s=movies-tv&sr=1-1-catcorr&linkCode=ll1&tag=sheebes-20&linkId=d2acf2e2583a0e048c12745bd1aace46&language=en_US

THE MAN WITH THE HALO

Znane, co nie? A jak nie, to wstyd 😉 😉 Tim Don i jego historia obiegła cały sportowy świat. Firma sponsorująca zawodnika znalazła świetny sposób na promocje siebie jak i walecznego zawodnika. Rezultatem jest darmowy i co ważniejsze, bardzo inspirujący film.

THE BROWNLEES

No, wiadomo o kim. Film z 2016 roku o najsłynniejszych braciach w świecie triathlonu w trakcie ich drogi na olimpiadę w Rio.

NIEDZIELA W PIEKLE

Tytuł może wskazywać, że jest to film o odwiedzinach w niedziele na obiadku u teściowej. Ale na szczęście jest to film opowiadający o Paris-Roubaix, wiosennym klasycznym wyścigu kolarskim. Szalenie trudny, nazywany również “Piekła Północy” wyścig i które toczy się wokół niego. Klasyka z 1976 roku!

IRON COWBOY THE STORY OF 50-50-50

Historia znana. Żelazny Cowboy, facet, który postanowił ukończyć 50 Ironmanów w 50 dni w 50 stanach. James Lawrence i reżyser filmu zabierają nas w arcyciekawą przygodę. Jak się bidulek męczył, jak rozwiązali to logistycznie i inne ciekawe aspekty tego niebanalnego wyzwania zobaczycie właśnie w tym obrazie.

KŁAMSTWA ARMSTRONGA

Kolejny klasyk kolarski ;-))) I powiązany z Ikarem 😉

Wiecie o czym jest, ale tym razem zachęcimy Was do obejrzenia wywiadu z Lancem w programie Joe Rogan Experience. Naprawdę warto posłuchać. Lance opowiada o swojej fundacji, o przyjaźniach, o obawie o to, jak są i będą traktowane jego dzieci w szkole. O świecie kolarstwa również, szczerze.. chociaz w jego przypadku to musimy być ostrożni 😉

Miłego i życzymy zdrowia i cierpliwości.

Ekipa triathlonlodz.pl

Kino Triathlonisty – Filmy Dokumentalne o Zdrowiu

Filmy dokumentalne o zdrowiu, które warto zobaczyć.

Cześć. Wszyscy wiemy jak jest… i nie zapowiada się, że w najbliższym czasie będzie lepiej. Dzisiaj zamiast do ruchu, zachęcamy Was do filmów.

Mamy dla Was kilka obrazów, które naszym zdaniem warto zobaczyć. Ten zestaw dotyczy akurat filmów związanych ze zdrowiem. Jeśli macie jakieś sugestie, widzieliście jakiś ciekawy dokument, to podzielcie się nim.

Oto nasze krótkie zestawienie:

WHAT THE HEALTH

Zaczniemy od tej pozycji. Film opowiada o wpływie diety na zdrowie człowieka i wartych miliardy dolarów branżach medycznej, farmaceutycznej i żywnościowej. Sporo specjalistów, faktów, z którymi nie wszyscy muszą się zgadzać.

Całość można obejrzeć tutaj:

FED UP

Można powiedzieć, że to klasyka. Zarówno jeśli chodzi o temat główny, czyli cukier, jak i popularność jaki film zdobył. Bardzo dobry film. I o ile dla nas, ludzi sportu, pojawiają się tam dość oczywiste fakty, to niestety dla wielu temat jeszcze nie poznany… Świetnie pokazane przykłady „ofiar” lobby związanego z przemysłem spożywczym.

GAME CHANGERS

Świetnie zrobiony dokument. Pod względem merytorycznym wywołał jednak sporo kontrowersji. Jest to obraz ukazujący wpływ mięsa na nasze zdrowie. Sporo autorytetów, nie tylko jeśli chodzi o ekspertów medycyny, ale również świata sportu. Nawet jak lubicie golonkę, warto obejrzeć.

Tutaj zwiastun: 

Ale znajdziecie go również online.

Wiadomo, że niemal każdy film budzi kontrowersje. Ale dlaczego ma nie być bodźcem do wyrobienia sobie nie tylko zdania, co szukania „głębiej” w temacie.

TRImajcie się zdrowo

Ekipa triathlonlodz.pl

TriWspomnienia 2019 – Michał i Koronawirus

Michał Bednarski

Zaczynając podsumowanie 2019 spojrzałem co napisałem w ubiegłym roku. Nawet nie spodziewałem się, że aż tyle jestem w stanie napisać. W tym roku postaram się  krócej.

Jako zawodnik muszę przyznać, że był to dla mnie najbardziej leniwy sezon.Trenowałem i startowałem bez wyraźnego planu i z doskoku, jak to mówi mój przyjaciel ….„na podtrzymanie”. 🙂 Przecież szewc bez butów chodzi.

Czasami w zeszłym roku czułem się  jak szweja triathlonu.  Specjalnie tak piszę, żeby nie obrazić żadnego Janusza. 🙂 Wszystko robiłem, żeby być najgorszy, ale jakoś zawsze wychodziło nie najgorzej.  Najpierw upasłem  się w długie zimowe wieczory wietrząc lodówkę.  Dojechałem  do wagi 92,5 kg aby potem zrzucić 10kg, ale to tylko przez zakład z moim przyjacielem, który chciał dołożyć mi na połówce w Bydgoszczy. W Ślesinie uzyskałem swój najlepszy czas ever – 2:16 na 1/4IM. Na MP w Suszu wpadłem nawet na 9 miejsce w sprincie z czasem 1:07. W większości przypadków startowałem  na moich ulubionych krótkich dystansach. Bardzo chciałem stanąć na pudle, ale głównie obijałem się na 4,5,6 miejscach w kategorii wiekowej. Największa szweja wyszła ze mnie w Elblągu. Po rowerze byłem nawet 6 w open i mknąłem po medal w kategorii jak dzik w żołędzie zaskoczony, że organizatorzy skrócili dystans biegowy. Ku zdziwieniu wszystkich wbiegłem na metę z czasem 1:01:15, jako drugi. Okazało się niestety, że na rondzie zamiast dać migacz w prawo poleciałem starą trasą i skróciłem dystans o 1,7 km. Po medalu były nici choć był to na pewno mój najlepszy start.

Już myślałem, że staniemy na pudle  w swimrunie nad Soliną (dla niewtajemniczonych start w parach)na dystansie MARATHON. Mimo to, że my  stare dziady,  zajęliśmy w „open” mocno wywalczone 3 miejsce to na pudle nie stanęliśmy bo organizatorzy….. nie zorganizowali podium tylko ściankę. 🙂 Dekoracja jednak była, i nagrody, i fota na insta. Także nie było mi to pudło w tym roku pisane. Jak to mówi mój kolega triathlonowy, „w życiu jesteś albo lokomotywą albo wagonem”. Tego dnia przez większość trasy byłem niestety wagonem. 

Skupiłem się za to na trenowaniu moich podopiecznych.  I tu wreszcie było kilka sukcesów. W tym roku wpadło wiele medali z bardzo dobrze obstawianych zawodów rangi MP i kilkanaście medali m.in. Cyklu Garmina. Cieszy mnie natomiast to, że praktycznie wszyscy notowali progres i nie było kontuzji treningowych.    Najlepszą dla mnie nagrodą było złamanie założonego celu przez mojego zawodnika (sub 4:25) podczas 70.3 IM Gdynia co dało 4 m-ce w kategorii wiekowej. Szkoda, bo do podium zabrakło trochę szczęścia i doświadczenia. Tym bardziej mnie cieszy ten wynik, że jeszcze 2 lata temu, ten sam zawodnik kończył te zawody na tej samej trasie z czasem 5:40 i mało kto wierzył, że jest w stanie złamać choćby 4:35. To pokazuje mi, że wspólne zaufanie, współpraca i jasno sprecyzowany plan daje efekty niekoniecznie w krótkim okresie. Były również niepowodzenia, nieporozumienia, ale to wszystko jest częścią życia i najważniejsze żebyśmy z tych doświadczeń  wychodzili mądrzejsi.

Nadchodzący sezon zapowiada się interesująco i pracowicie. Powoli wytapia się kilku nowych ajronów na pełen dystans i kilka, mam nadzieję, niezłych wyników. 🙂 Chyba, że wirus wszystko pokrzyżuje. Myślę, że będzie to  ciekawy i pełen emocji sezon. Oby nam wszystkim dopisywało zdrowie. Trimajmy się razem i do zobaczenia na treningach i zawodach. 

Koronawirus

Jak trenować w czasie gdy koronawirus postawił wszystko na głowie???

Zamknięte baseny, siłownie, nie zaleca się chodzenia w zatłoczone miejsca. Rekomendują nam zostanie w domu.

Pierwsza dobra wiadomość jest taka, że….. wszyscy maja równe szanse. 🙂

Musimy poddać się tej fali i robić co możemy.
Przede wszystkim zalecam trenować mądrze i w bezpiecznych miejscach unikając skupisk ludzkich. Co oznacza trenować mądrze? Pamiętajcie, że każda mocna jednostka treningowa to stres dla organizmu i zmęczenie, dłuższa regeneracja i pole do popisu dla każdego wirusa aby zaatakować nasz organizm. Zatem trenujemy w tym czasie spokojniej nie wprowadzając organizmu w bardzo mocne zmęczenie, co nie oznacza, że nie możemy wrzucać mocnych akcentów.
Większość triathlonistów ma w domu trenażer, więc spokojnie zrealizujecie każdą jednostkę kolarską. Z bieganiem jest większy problem, bo rzadko kto ma w domu bieżnię. Zawsze jednak w sytuacji, w której nie moglibyśmy wyjść z domu, można zrobić skipy czy też inne ćwiczenia biegowe, które jesteśmy w stanie wykonać na małej powierzchni. Wychodząc jednak z domu pamiętajmy aby wybierać miejsca z dala od ludzi. Jak wybieracie park czy też las, starajcie się biegać mniej uczęszczanym ścieżkami. Jak mieszkacie w centrum miasta i nie możecie pozwolić sobie na wyjazd poza nie, to zmieńcie porę dnia np. Wcześnie rano lub późnym wieczorem aby unikać kontaktu z innymi.
Pływać nie da się w domu…., chyba że ktoś ma endless pool’a. Można natomiast symulować pływanie „na sucho” z gumami.
Warto również wprowadzić ćwiczenia wzmacniające, aby poprawić motorykę. To na nią statystycznie triathloniści- amatorzy poświęcają najmniej czasu, co uważam za duży błąd.
Pływając, jeżdżąc na rowerze czy biegając dochodzą często do „ściany”, wynikającej choćby z ograniczeń ruchowych. Z doświadczenia w pracy z triathlonistami amatorami zaobserwowałem, że największe problemy mają z pływaniem – dyscypliną, która jest najbardziej techniczna. Wynika to przede wszystkim ze słabej elastyczności zarówno kończyn dolnych jak i górnych. Słabym punktem jest również tzw. Core czyli mięśnie głębokie, które mają za zadanie utrzymywać pływaka w pozycji poziomej. Pamiętajmy, jesteśmy tak mocni jak nasze najsłabsze ogniwo. Warto więc w tym trudnym czasie, który powinniśmy spędzić w domu wzmocnić je.
Praca na lądzie ma głownie za zadanie usprawnić nasz aparat ruchu, wzmocnić siłę mięśni oraz uchronić zawodnika przed kontuzjami.
Proponuję tutaj w warunkach domowych pracę z paskiem bądź ręcznikiem nad poprawą ruchomości obręczy barkowej, rozciąganie stóp, które często są nieelastyczne i nie dają napędu, a czasami wręcz powodują cofanie. Ćwiczenia na gumach mogą symulować ruchy pływackie, ale trzeba je wykonywać prawidłowo, aby nie utrwalać złych nawyków. Wykorzystujcie ćwiczenia z własnym ciężarem i za pomocą sprzętów, które macie w domu.
Jesteśmy w sytuacji, w której wszelkie zawody z pierwszej części sezonu zostały poprzekładane na jesień. Niektórzy zastanawiają się jak te wszystkie półmaratony i maratony, na które się pozapisywali, przebiegną w październiku. 🙂 Nikt nie jest w stanie przewidzieć czy w drugiej części sezonu będzie lepiej. Jak nie uda się osiągnąć celów w tym roku to możemy być zdecydowanie mocniejsi w 2021 r.
Nie traćmy motywacji, realizujemy treningi na ile możliwości nam pozwalają. Jeżeli kalendarz startów zmienia się przesuwajmy cykle treningowe jeżeli jest to konieczne. Omówicie zmiany Waszym z trenerem. Z dobrym trener na pewno znajdziecie dobre rozwiązania. Pamiętajcie, że z każdego kryzysu można wyjść mocniejszym.
Jeżeli ten wpis Wam się spodobał, macie jakieś pytania, chcecie instruktarzu jak ćwiczyć w domu, dajcie znać a będziemy pisać i przygotowywać filmiki. Niech moc będzie z Wami.

TriWspomnienia 2019 – Zdzisław i Marcin

Zdzisław Filipowski

2019 rok był niesamowity 🙂 , pod każdym względem, ale tutaj skupię się na dokonaniach sportowych.  Sezon zaczął się już w 2018 kiedy z dwoma kolegami Radkiem i Kazkiem zapisaliśmy się na IM Italy tzn Aga nas zapisała.  My niekoniecznie chcieliśmy , no ale wakacje gdzieś trzeba spędzić i dlaczego nie we Włoszech :). A poza tym tego slota gdzieś trzeba złapać. No i się zaczęły przygotowania, obozy, imprezy, hulanki i swawole.

Przed sezonem triathlonowym, sprawdzałem formę kolarską na dwóch wyścigach: w Pabianicach i w Łasku.  Nie wdając się w szczegóły było dobrze, a nawet bardzo dobrze 🙂

Sezon tri zacząłem od Ślesina, ustanawiając nowe PB na ¼  2,16:55 i zdobywając mistrzostwo Klubu  (wiecie jakiego 🙂 ).  Następny sprawdzian to ½ w Suszu. Wynik z poprzedniego roku wyżyłowany, więc nie było łatwo, no  ale, w końcu nie pojechałem tam dla przyjemności 🙂 . Zdarzyło się że w Suszu było chłodno i nabiegałem wszystkiego  4,52:17, poprawa o ok 7 min i jest banan na twarzy, forma rośnie IM Italy się zbliża. 

Później dla rozluźnienia i wyrównania rachunków z Radkiem, była Bydgoszcz na ¼ i tam identyczny wynika jak w Ślesinie 2,16:55 i Radek za mną co było celem wyprawy :).

Warto też wspomnieć o GIT Brodnica, gdzie było ostatnie przetarcie się w zawodach przed  wyjazdem do Włoch, bo stanąłem na podium w AG, wiec znów banan na twarzy i ciekawość wyniku na IM.

No i przeszedł start docelowy w Italy. Trasa objechana, pływanie w morzu zaliczone, browary  wypite, teraz tylko pospać :). Rano pobudka, do strefy zmian itd….

Na start poszliśmy razem w trójkę (Radek, Kazek i ja) i wystartowaliśmy  z jednej linii żeby się mieć na oku ;). To był mój pierwszy start w morzu i to tak słonym, obawiałem się że będzie odruch wymiotny , ale było ok, wyszedłem po 1:05:25 więc wstydu nie ma :). I biegiem do roweru.

 Szybka zmiana i z rowerem za belkę, dawaj. Powiem wam, że miałem buty wpięte w pedały i skok na rower i zapięcie butów wyszło profesjonalnie ( dzięki Łukasz). Rower minął szybko, dwa wjazdy na górę i zjazdy, wyszło 5:08:07. Kurde myślę za szybki  rower, będę zdychał na biegu.

Po zmianie w t2 z gorzką herbata w ręku (dzięki Radek) lecę na bieg. Miałem zacząć od 6,00 ale nie dało się, wiec zacząłem od 5,40 i czekam na kryzys. Przychodzi  3 km a tu nic, banan mi nie schodzi z twarzy, nogi ok, oddech ok, na 4 km punk kibicowania naszej Bandy, morda się cieszy , ciary przechodzą (były transparenty i nagłośnienie ), no wszystko jak z bajki. Więc zaczynam cisnąć, bo w końcu przyjechałem po slota no nie :). Na 30km pozwoliłem sobie na przejście do chodzenia, bo na razie nie wyobrażam sobie żeby cały biec  ;). Bieg wyszedł 3:43:06 a całość 10:06:25. 

Wynik dla mnie (i chyba nie tylko)  pełne zaskoczenie, obstawiałem w snach 10.30.00. Do slota zabrakło 50 miejsc, albo trochę mniej niż 40 min. Patrząc z perspektywy czasu to nie jest dużo, bo jak poprawiłem swój PB o więcej niż godzinę z roku na rok, to 40 min, nie jest problemem 🙂

No i taki był 2019, ale nie był by taki jakby nie moja Żona, która jest/była na każdych zawodach jako kibic i support , wspiera w treningach, za co serdecznie chciałbym jej podziękować.

W 2020 o slota nie walczę, ale IM robię w Borównie i cały czas gdzieś chodzi za mną Harda Suka i nie chce odpuścić . 

Marcin Kopeć

Nie jestem zawodowcem i nigdy nim nie będę. Jestem amatorem, ambitnym i zawziętym, ale aż amatorem. Robię to co mi sprawia przyjemność i daje dużą dawkę endorfin…tj. uprawiam Triathlon. Przygoda Tri zaczeła się w moim przypadku startem zupełnie od czapy w Bydgoszczy na dystanie ¼ IM w 2017r. Dotąd właściwie tylko biegałem i wciągnąłem się w starty w biegi z przeszkodami – Runmageddony, Spartan Race czy Łódzka Bitwa o Łódź (w wydaniu zimowym – Wim Hof się kłania). Niejako naturalnie poprzeczka poszła o stopień w górę gdy z bratem rozmawialiśmy o planach na przyszłość i stwierdziliśmy, że w sumie takiego IM to możnaby zrobić… no i tak padło właśnie na Tri i decyzja o starcie w Bydgoszczy. Biegałem nieźle, pływać umiałem, na rowerze przecież przejadę – przecież to pestka. Wystartowałem w tych zawodach na pożyczonym od Jarka (mojego brata) oldscoolowym rowerze. Pierwsza niespodzianka na pływaniu bo mnie przytkało i popłynąłem żabką, druga niespodzianka na bieganiu bo poraz pierwszy zdażyły mi się takie skurcze. Ukończyłem i byłem dumny, ale wiedziałem, że bez wsparcia osoby która się na tym zna nie da rady. W ten sposób trafiłem do swojego Trenejro Ludwika Sikorskiego. 2018 zleciał na nauce pływania (od nowa), na jeździe na rowerze (też wypadało nauczyć się od nowa) i bieganiu.  Obfitował w nowe doświadczenia, życiówki, nowych przyjaciół i bycie wsparciem dla Jarka w jego starcie w Ironmanie w Hiszpanii. Wiedziałem już że chce wystartować w IM ale jego start przypieczętował tą decyzję. Jeszcze w październiku w 2018 dałem Ludwikowi znać, że chce wystartować i że będziemy mieli prawie rok na treningi bo start wyznaczyłem sobie na Sierpień w Tallinnie. Nieprzypadkowo bo akurat dzień startu zbiegał się z moimi urodzinami i chciałem sobie zrobić prezent z tej okazji – jako zodiakalny Lew jestem próżny… 

Wyznaczyłem sobie plan na 2019 i zaczęliśmy z trenejro właściwie w Październiku 2018. Po drodze wrzuciliśmy parę startów kontrolnych – miał być półmaraton Pabianicki, maraton DOZ w Łodzi, Ślesin, ½ IM Susz, ¼ Enea Bydgoszcz i IM w Tallinnie. Treningi wchodziły zacnie. Nauka pływania szła coraz lepiej, siła na rowerze wzrastała. Uświadamiałem sobie do czego jest zdolny mój organizm. Gdzie mogę jeszcze trochę przycisnąć. Aż do momentu naderwania mięśni łydki w trakcie treningu… nie przez brak rozgrzewki, to już było pod koniec biegania…w trakcie wydłużania kroku biegackiego, przez własną głupotę…popisałem się i za bardzo szarpnąłem. Ukłuło i tyle. Trochę noga bolała, ale przechodziło. Kolejny trening biegowy miałem 21km w luzie. Poszło…poszło nawet dobrze bo nic nie bolało. Potem jakiś rower…tu było w porządku…pływanie też. Aż nadszedł trening w Crossie i tutaj zabolało! Przy zbiegnięciu z twardej nawierzchni na piasek, zaczeła mi się łydka odzywać. Coraz bardziej bolała. Utykałem w trakcie biegu. Pierwszy raz od Bydgoszczy przeszedłem w trakcie biegania do marszu. Niemożliwe, sobie powiedziałem… a jednak! Do domu miałem 1,5km do przejścia. Zaciskając zęby i bluźniąc pod nosem, doszedłem do domu i zadzwoniłem do zaprzyjaźnionego fizjoterapeuty Kuby Olejnika. Tego samego dnia mnie przyjął, zrobił badania i stwierdził, że naderwałem mięśnie w łydce. Zajefanie, no nie… było jeszcze lepiej, bo na 2 tygodnie przed startem w półmaratonie w Pabianicach. Jedno co mogę powiedzieć, to to, że Kuba jest fachowcem. Poskładał mnie do kupy w ciągu dwóch tygodni. Mogłem biec. Trenejro mówił żeby odpuścić start a ja nie byłem pewien. W końcu chciałem się sprawdzić na tym dystansie, ale ziarno niepewności zostało zasiane. Na ostatniej wizycie w Kuby spytałem się czy mogę wystartować, na co Kuba powiedział, że tak, bo łydkę mam całą, ale najpewniej w ciągu miesiąca po zawodach spotkamy się z kontuzją kolana albo biodra. Przekonali mnie. Start w Pabianicach przepadł, odpuściłem start w DOZ-ie bo był inny cel. 

Noga się zagoiła, treningi wychodziły, czasy się poprawiały. Sezon zacząłem startem w Głowno Gold Race na dystanie 57km. Potem start wspólnie z moimi chłopcami w Płocku. Wbiegnięcie na metę za synami – najlepsze co może być. Kolejny start był w Suszu na dystansie ½ IM. To już nie było mizianie, tu trzeba było podejść konkretnie do tematu…ale można było też spierdzielić. Pływanie wyszło mi fajnie, pogoda dopisała, na rowerze czułem się na tyle dobrze, że przestałem uważać na żywienie podczas jazdy. Po 40km czułem się nieziemsko! Mogłem wszystko!! Dojeżdżając do strefy, gdzie zaczynało się drugie okrążenie, usłyszałem w głośników głos Jurka Górskiego, który podał mój numer, podał moje imię i nazwisko i to mnie uskrzydliło. Moja Ania stojąca przy strefie i krzycząca, żebym cisnął. Jarek dopingujący, chłopcy…wszystko dało mi takiego kopa adrenaliny, że z bananem na twarzy pocisnąłem przez miasto do podjazdu na wiadukt. Tutaj mnie zweryfikowało to że nie pilnowałem się z jedzeniem, że nie łyknąłem, tak jak planowałem żelu przed miastem bo akurat wypadał czas. W euforii uczucia, że mi idzie dobrze, że mam siłę i dam radę, odpuściłem ten żel. Na podjeździe prawie stanąłem. Co z tego że zaraz złapałem pakiecik i zjadłem. Zanim organizm przyswoił i przytworzył na energię, ciągnąłem się jak ślimak. Pokutowałem za ten błąd jeszcze na bieganiu. Podbieg w Suszu dał popalić, ale o tym słyszałem więc pozostało zacisnąć zęby i do przodu. Połówkę w Suszu zakończyłem ostatecznie z czasem 5:17:07 co dało mi 177 miejsce w kat. Open. Kolejny krok do IM zrobiony, wiedza przyswojona. Można działać.

Potem jeszcze szybki (trochę skrócony) start na ¼ ENEA Bydgoszcz Triathlon. Wynik poprawiłem w porównaniu do poprzedniego startu o prawie 25 minut, ale trasa rowerowa była o prawie 5km krótsza, a ja i tak umarłem ze 2 razy na rowerze (nie mówiąc już o tym, że przymierzyłem się do nowego siodełka i jak próbowałem się na trasie dobrze usadowić to prawie orła fiknąłem, bo nie zauważyłem znaku – shit happens…). Z biegu byłem za to mega zadowolony, no i zawody ukończyłem z czasem 2:23:21. 

Ostatnie treningi w Lipcu i nadszedł wreszcie dzień wyjazdu do Estonii. Zaplanowałem połączyć start z urlopem, no i rodzinnie wybraliśmy się na zwiedzanie krajów nadbałtyckich. Zapakowałem rodzinę i sprzęt do kampera i pojechaliśmy trochę w nieznane bo jeszcze nigdy tam nie byłem. Niemniej Estonia mnie miło zaskoczyła. Dojechaliśmy na kilka dni przed zawodami, co dało mi czas poznać miasto, przejechać się trasą i obejrzeć port gdzie mieliśmy pływać. I tu drobny ZONK! Temperatura wody spadła do 10-12 stopni. Huk, że pianki – wsadzenie palca do wody powodowało mimowolną zmianę płci… Padały pewnie oświadczenia ze strony Orga, że sprawa jest monitorowana i mają przygotowane alternatywy. W każdym razie na odprawie oznajmili, że udało im się przenieść etap pływacki na jezioro, przy czym etap rowerowy musiał zostać delikatnie zmieniony, żeby wyrobić 180km. Załatwienie wszelkich formalności, uzyskanie zgody od Urzędu Miasta i Zarządu IM zajeło 2 dni (!!!!). Za to na odprawie dostali gromkie brawa, bo chodziły nawet słuchy że etap pływacki może zostać odwołany. Na 2 dni przed startem przyleciał mój Brat Jarek z żoną i razem z moją żoną Anią i chłopcami Frankiem i Antkiem mieli robić za Support. Wszystko gites, natomiast u mnie stres osiągnął level Panik. Chodziłem jak nakręcony, sprawdzałem pogodę, trochę ćwiczyłem, ale głównie się stresowałem. Dzień przed startem wstawiłem rower na strefę i miałem okazję rzucić okiem na jezioro gdzie mieliśmy pływać. To był moment w którym udało mi się trochę uspokoić. Generalnie etap pływacki jest dla mnie zawsze najbardziej stresującym, ale tutaj widok tego jeziora, brunatno zielonego jeziora pełnego glonów i jakiegoś mułu zadziałał na mnie wręcz kojąco. Większość treningów OW robiłem w jeziorach gdzie widoczność w wodzie jest zerowa, wiec dokładnie wiedziałem co mnie czeka i jak się na to nastawić. Stres odpłynął i został spokój i świadomość że dam radę (oraz świadomość, że jak odpuszczę to ekipa TriDzików nie da mi żyć). Pozostało ostanie sprawdzenie pogody – miało wiać w pigułę – lulu i pobudka o 4 rano po delikatnie mówiąc niespokojnej nocy. Pogoda rano dopisywała. Chmur jak na lekarstwo i słońce po mału gdzieś tam wschodziło. Na start pojechaliśmy razem z Jarkiem, po drodze śmieszkując dla odprężenia. Na miejscu zebrała się niezła zgraja świrów wraz z grupami Supportu. Atmosfera była zajefajna, ale widać było, że niektórzy do pływania w jeziorze podchodzili bardzo ostrożnie i przy samym brzegu było nerwowo. Dla mnie godzina przed startem upłyneła na sprawdzeniu roweru, przebraniu się w piankę, ponabijaniu się z Jarkiem i paru rundach w wodzie, żeby podkręcić pikawę – LU tak mówił, i LU trza się słuchać! Piątka mocy z Jareckim i ustawiłem się na starcie w czasie jaki sobie zaplanowałem. Jako pierwsi oczywiście PROsi. Poszli jak dziki w kapustę. Reszta startowała w formule Rolling Start i fajnie. Kolejni startowali, kolejeczka się przesuwała, start coraz bliżej. Na kilka chwil przed moim startem poleciała z głośników La Grange ZZ Top i wiedziałem już że to będzie zajebisty dzień!!! Trasę pływacką miałem wyrytą w pamięci – prosto, prawo, prosto, lewo, prosto, lewo, prosto, prawo, prosto, lewo, prosto, lewo, prosto, lewo, prosto, prawo i do plaży. Wpadłem do wody i momentalnie złapałem swój rytm. Jeszcze nigdy nie płynąłem tak spokojnie. Kit że nic nie widziałem w tej wodzie, ale pozostali mają taką samą sytuację, cisnąłem do przodu. Jak już zacząłem wyprzedzać tych którzy wystartowali przedemną to tak mnie podbudowało, że nic by mnie nie zatrzymało. Aż tu nagle, gdzieś w okolicy połowy trasy, widzę jak mnie ktoś wyprzedza!! Kurna, normalnie jakby ciągnęła ich motorówka!!! WTF?!? Pierwszy moment zawahania, a może nie mam już siły, ale to mineło równie szybko. Coś mi nie pasowały zielone czepki! Wszyscy w niebieskich, tylko zawodnicy AWA w złotych. Olśnienie przyszło dosyć szybko. Z odprawy przypomniało mi się, że sztafety startują w zielonych czepkach. Spoko sobie pomyślałem, z pływakami ze sztafet się nie ścigam. Po drodze musiałem się raz zatrzymać żeby sprawdzić gdzie jest bojka, bo było pod słońce. Ale jak już złapałem azymut to poszło. Z wody wyszedłem wreszcie z czasem 1:17:00 i pognałem się przebrać. Doświadczenie podpowiedziało, żeby w trakcie przebierania coś podjeść i potem gnać na rower. Trochę długo mi zeszło na strefie, ale trudno, chciałem mieć pewność, że na rowerze będę miał moc. Trasę rowerową już trochę znałem, wiedziałem że na poczatku czeka zaraz podjazd, więc odpowiednio dysponowałem mocą. Założyłem sobie tempo w okolicach 32 km/h i pod to jechałem. Szło dobrze to kolejnego podjazdu, całkiem długiego, na którym zaczął wiać wiatr prosto w nos. Nogi paliły, tempo spadło. Jak się okazało, większość podjazdów była tak strategicznie ustawiona, że na każdym wiatr wiał prosto w twarz. I właśnie na etapie rowerowym pojawił się cały Support. Pojawiali się w najmniej oczekiwanych momentach, przed podjazdami, z transparentami i okrzykami dopingu!!! Za każdym razem dawało takiego kopa, że aż chciało się jechać. Jarek, analizując moje postępy na trackerze, między relacjami dla TriDzików, przemieszczał się z całą ekipą na najlepsze lokacje i wyskakiwali czasami w najmniej oczekiwanych miejscach. Anie nagrywały całość a chłopcy krzyczeli co sił w płucach. Mogę spokojnie powiedzieć, że miałem najbardziej mobilny i najgłośniejszy Support z całych zawodów. Był też moment zwątpienia w okolicach 160 kilometra – podjazd, wiatr w nos, ciężkie nogi – na zmianę się śmiałem i bluźniłem pod nosem. Ale jak już przejechałem ten podjazd to mi przeszło i tak pojechałem w kierunku miasta i T2. Rower ukończyłem z czasem 5:47:24. Można było szybciej, ale prawie udało mi się utrzymać założoną prędkość i to mi wystarczało. Na T2 trochę się grzebałem, ale jak wreszcie założyłem buty, mogłem ruszyć do biegu. Miałem cholernie ciężkie nogi. Pierwszy kilometr przebiegłem bijąc się z myślami czy całość zawodów po prostu nie przejść. ALE… znowu sobie pomyślałem, że TriDziki mi nie dadzą żyć. Zacisnąłem zęby i biegłem. Support stał w okolicy 2 kilometra. Pamiętam, że moja Ania podbiegła do mnie i biegnąc obok spytała się jak się czuję – moja odpowiedź była bardzo krótka „@#!jowo”. Nie mniej pobiegłem dalej. Okazało się, że pobiegłem z trochę za mocnym tempem ale z kolejnymi kilometrami nogi mi się odmulały i biegło mi się lżej. Trochę może za ciepło było momentami bo słońce wyszło i przestało wiać, ale na to już nie zwracałem uwagi. Trasa biegowa była puszczona w pętli a w drodze do nawrotki w mieście przy mecie, były 4 podbiegi – pierwszy stromy krótki, drugi łagodny długi, trzeci stromy ale bardzo krótki i ostatni długi podbieg na starym mieście na kostce brukowej. Dało mi w kość… a trenejro mówił, żeby sprawdzić przekrój trasy biegowej. Na pierwszej pętli miałem tylko nadzieję, że mijając metę nie usłyszę, że pierwszy zawodnik właśnie ukończył zawody. Normalnie by mnie to zdeprymowało. Ku mojemu zaskoczeniu, jak dobiegałem w okolice mety to była jeszcze zastawiona, więc jeszcze nikt nie kończył biegu i to mnie trochę uskrzydliło. Tak poszło gdzieś do 20-21 kilometra. Dotąd był bieg a potem zaczeła się walka z sobą, głową i bieganie od strefy nawodnienia do następnej. Nie pomagały przy tym wszystkie podbiegi, niemniej trzeba było dotrwać. Coraz częściej zdażało mi się przechodzić do marszobiegu nawet między strefami. Było mi cholernie ciężko. Sytuację ratował oczywiście Support z którym mogłem przybijać piątki i który podawał mi słowa wsparcia od TriDzików. Nawet nie wiecie jak dużo to znaczy!!! Po ostatnim nawrocie (chyba czwartym) przy mecie, przybiciu piątek, wiedziałem już że za niecałe 10 km wbiegnę na metę. Oddcinki marszobiegu się nagle zaczeły skracać, nogi zaczeły znowu pompować. Już widać koniec. Jeszcze tylko nawrotka przy T2, ostatnia opaska na łapę i lecimy w kierunku mety. W okolicach 800 metrów od mety, gdy siły już brakowało, dobiegł do mnie mój syn Franek i powiedział, że pobiegnie ze mną do mety. Dało mi to tak cholernego kopa, że mu powiedziałem, że na tą metę to wbiegnę i teraz nie wypada marszować. Jak ruszyłem z kopyta okazało się że zrobiłem najlepsze tempo z całego mojego biegu a na Finish wbiegałem z okrzykami obu Ani, Jarka i moich chłopców, oraz okrzyku prowadzącego „Today it’s his birthday. Marcin, Congratulations. YOU ARE AN IRONMAN!!!!”. Przez metę przebiegłem jak na skrzydłach aby na mecie się odwrócić i patrząc na napis Finish i gdzieś w górę, się popłakać, myśląc że Tata może być cholernie dumny ze mnie. Równie ważne przy tym było to że przebiegłem metę swojego pierwszego Ironmana w dniu swoich 41 urodzin. Niezły prezent, co? Ze strefy finiszera ulotniłem się tak szykbo jak tylko mogłem bo chciałem się nacieszyć z moją rodziną i im podziękować. Potem tylko odebrać rower i chodu do kampera. Dzień zakończyliśmy świętując moje urodziny i na opowiadaniach o tym jak się czułem po drodze. Dodatkowo spływały gratulacje i życzenia ze wszystkich stron, a Mama się do słuchawki poryczała z całego wrażenia. To był naprawdę piękny dzień!!! Następnego dnia Jarecki z Anią się ulotnili do Polski, a my zwinęliśmy manatki i pojechaliśmy zwiedzać Estonię, Łotwę i Litwę.

W sezonie 2019 pozostał jeszcze tylko start w sztafecie. Padło na Stryków, gdzie wystartowaliśmy na dystansie ¼ IM w składzie Marcin Dylik ps. Nawigator jako nasz pływak, Maciek Pawiński na rowerze i ja do biegania. Drużyn było w sumie 10 albo 12 i konkurencja zacna. Same zawody są super, a że jeszcze na własnym podwórku to już w ogóle klawo. Start był wspólny z wody. Marcin pocisnął mocno, ale mówił, że płyneło mu sie jak w zupie i etap pływacki ukończył po 19 minutach. Po nim Maciek przejął pałeczkę i pognał na rowerze niczym wicher. Z roweru wyszła mu o ile pamiętam średnia w okolicach 37 km/h i dojechał w sumie jako drugi ze sztafet. Mi pozostało domknąć temat. Pobiegłem w tempie 4:20 i udało nam się wspólnie wywalczyć 2 miejsce w sztafetach. 

Sezon 2019 był dla mnie pierwszym sezonem w którym faktycznie poświęciłem się sportowi. Wymaga to cholernie dużo wyrzeczeń, żonglerki logistycznej i gigantycznego samozaparcia, nie wspominając już o olbrzymim wsparciu całej rodziny. Bo tak naprawdę to bez mojej Ani, naszych chłopców Franka i Antka, mojego Brata Jarka i jego Ani oraz mojej Mamy to guzik by z tego było. I to Im oraz Najlepszemu Trenejro na Ziemi Ludwikowi Sikorskiemu i jego rodzinie należą się największe podziękowania za ten niesamowity okres! Podziękowania należą się również TriDzikównom i TriDzikom oraz wszystkim niesamowitym osobom, których poznałem za pośrednictwem tego sportu.

A nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa i plany na 2020 i 2021 są już w realizacji.

1% dla Poli i Filipka

Kochani, jest prośba. I to nie mała, chociaż mało, bo 1 procent, może pomóc wiele.

O co chodzi? Otóż Mateusz Matusiak i Szymon Kowalski to dzielni tri-ojcowie dzieci, które wymagają wsparcia. To Pola, córka Szymona i Filip, syn Mateusza. Popatrzcie w grafiki i nie miejcie oporów, aby podarować im 1%!

TRImamy kciuki za Wasz wybór!