Basię zna chyba każdy łódzki biegacz i triathlonista. Każdy ja widział i pewnie słyszał 😉

Postać nietuzinkowa, erudytka, konsekwentna i pełna wigoru. W sporcie od zawsze… A nie! W sumie to od niedawna, ale na pewno na długo. O jej początkach, zsikaniu się na zawodach, byciu “krową” w oczach rówieśników i marzeniach poczytacie w naszym wywiadzie z Basią. Zapraszamy.

Triathlon Łódź: Basiu, jesteś bardzo sprawna kobietą, nie tylko “jak na swój wiek”. Ale nie zawsze tak było… Nie lubiłaś sportu, prawda?

Barbara Kołczyńska: Nie tyle nie lubiłam sportu, bo raczej byłam z tego sportu wykluczona.  Gdy miałam 11 lat zdiagnozowano u mnie dużą wadę wzroku, padła propozycja skierowania mnie do szkoły specjalnej dla dzieci niedowidzących i nauki zawodu, na przykład do „wyrabiania szczotek”. Potem do kariery w jakiejś  spółdzielni inwalidzkiej. Całe szczęście, że mama się na to nie zgodziła, skończyłam normalną szkołę podstawową, liceum ogólnokształcące, a potem studia na Politechnice Łódzkiej. Później jeszcze prawo podatkowe i ekonomię na Uniwersytecie Łódzkim.  Natomiast ze względu na wadę wzroku miałam od 11 roku życia przez cały okres nauki  zwolnienie w lekcji wychowania fizycznego. Lekarze  zabraniali wysiłku fizycznego, a nauczyciele nie mieli pomysłu na mnie na zajęciach, bali się wypadku, a dzieci nie chciały ze mną być w „drużynie”  na lekcji  wf.  Więc nie umiałam wykonywać żadnych ćwiczeń, nawet fikołków na materacu, nie umiałam grać w piłkę, nie jeździłam na rowerze. Nic, kompletnie nic. Byłam tłusta, niezgrabna, w grubych  okularach i przezywano mnie “krowa”.

TŁ: Kiedy nastąpiła przemiana?

BK: Jakoś tak w okolicy moich 40 urodzin koleżanki namówiły mnie na udział w zajęciach dla starszych  pań w klubie  fitness “Rytm”. Więc chodziłam do  tam dwa razy w tygodniu.  Kompletnie nie miałam mięśni, zerową koordynację, plątały mi się nogi, kierunki, wszystko było za trudne, za ciężkie, za szybkie. Bolało mnie wszystko, każdy mięsień, w nocy budziłam się z telepaniem serca.  Potem otwarto  Stację Nowa Gdynia  w Zgierzu i  było mi bliżej. I tam trafiłam na kilku wspaniałych instruktorów: Tomka Grzelińskiego, Pawła Wlazło i Karolinę Fryt. Było sympatycznie, złapałam trochę koordynacji, wyrobiły mi się jakieś  mięśnie, już mi serce w nocy nie wyskakiwało z piersi.  Zaczęłam chodzić do Nowej Gdyni codziennie na godzinę, potem  na dwie godziny …

TŁ: Opowiedz nam trochę o początkach, pierwszych treningach

BK: Potem, chyba w roku 2004, poleciałam w Himalaje i znowu byłam największą pierdołą w grupie. Choroba wysokogórska, krew z nosa, duszności. Kulminacyjnym momentem była utrata przytomności na wysokości około 3500 m n.p.m. Himalaje  są jednak tak cudowne i  wtedy  się zaparłam.  Poczytałam trochę na temat przygotowania kondycyjnego do wspinaczki wysokogórskiej i  zaczęłam biegać  z trenerem Jackiem Chmielem.  Poleciałam do Maroka i weszłam bez problemów na Tubkal 4.160.

TŁ: A twoje pierwsze starty biegowe?

BK: Jacek namówił mnie na starty w lokalnych, amatorskich zawodach biegowych: 5 km, 10,  jakiś  półmaraton. Potem zaproponował przygotowania do halowych Mistrzostw Polski w Spale – wtedy zaczęliśmy  poważne  treningi biegowe, 4 x w tygodniu w hali  RKS.  Po porannym treningu trzęsły mi się ręce, nogi, bolało wszystko, przyjeżdżałam do domu, jadłam i spałam jak zabita przez 2-3 godziny. Dobrze, że prowadzę  własną firmę i mogę sobie ustawić  czas pracy wg własnego uznania. 

Na zawodach biegowych w Spale w tej kategorii wiekowej było dużo kobiet, wszystkie wyglądały tak profesjonalnie. Bałam się strasznie. Gdy wygrałam bieg na 1 km i zdobyłam złoty medal byłam jeszcze bardziej sparaliżowana ze strachu. W czasie następnego biegu,  na 3 km, czułam że rywalka jest tuż   za mną, dosłownie za plecami, więc biegłam jak najszybciej mogłam,  aż  zesikałam się w biegu z tego wysiłku i ze stresu.  I zdobyłam drugi złoty medal tego dnia.   Na tych zawodach złoty medal  i tytuł najlepszej zawodniczki zdobyła też Asia Chmiel.  Byłam szczęśliwa: ja, Krowa, z którą  w podstawówce i liceum nikt nie chciał być we wspólnej drużynie zdobyła dwa złote medale w bieganiu na MP. Niewiarygodne.

Biegałam z Jackiem Chmielem, ćwiczyłam  w siłowni AZSu z  Tomkiem Nagórką,  jeździłam w góry, wchodziłam  coraz wyżej: Rash Dashen w Etiopii, Demavend w Iranie, Ruvenzori w Ugandzie, Cotopaxi w Ekwadorze, potem jeszcze jakiś  sześciotysięcznik w Himalajach, na Aconcaguę w Argentynie doszłam tylko do 6200 – obfite opady śniegu były dla mnie  nie do pokonania.  Były to wspaniałe wyjazdy: najpierw wspinaczka,  a potem zwiedzanie  i inne, fajne aktywności.

Gdy w czasie raftingu na  Nilu w Ugandzie  dwa razy wypadłam z łodzi i o mało się dwa razy nie utopiłam  w spienionych falach, postanowiłam się chociaż trochę nauczyć pływać i tak w wieku 56  lat zameldowałam się na basenie. Nauczyłam się pływać żabką i  to jest kres  moich możliwości pływackich.

No a potem pewnego dnia, w pięćdziesiątej dziewiątej wiośnie mego życia,  kupiłam  sobie piękny rower,  z koszyczkiem z przodu i koszyczkiem w tyłu. I tego samego dnia przejechałam tym rowerem pierwsze od  jakiś pięćdziesięciu lat, całe dwanaście kilometrów. Umiałam jechać na wprost i skręcić  w lewo. Aby  skręcić w prawo musiałam zejść z roweru.   

Jak już miałam rower, umiałam pływać i biegać  to już byłam o krok od  zostania triathlonistką.

Jestem dość znana w środowisku sędziów triathlonowych, którzy przy wejściu  do strefy zmian  do mnie z sympatią się uśmiechają . Pewnego razu przemiła pani sędzia do mnie mówi:   „Znam skądś panią. Czy aby  to panią  łowiliśmy w Płocku?  A tak, tak i we Frydmanie też pani się topiła”.

„Owszem”  odpowiadam z godnością  i dodaję:  „jeszcze się topiłam w trzcinach w Malborku” .

 „O, jak tak, to my damy tylko dla pani osobnego ratownika  na łódce, będzie płynął tylko za panią” . I git – odpowiadam z wdziękiem  –  uwielbiam być w towarzystwie młodych, opalonych ratowników.

TŁ: Startowałaś również w zawodach rowerowych…

BK: Rower okazał się strzałem w dziesiątkę. W następnym roku kupiłam mtb,  w kolejnym szosowy. Zaczęłam  już poważniej   „trenować”, a potem  zwiedzać świat rowerem. W  roku 2019  byłam rowerem w Mołdawii, Naddniestrzu, Ukrainie, Jordanii, Holandii, Belgii a  jesienią przez 3 tygodnie zwiedzałam rowerem Birmę.  W latach ubiegłych zwiedziłam rowerem  Nową Zelandię, Indie- Rajastan,   Rwandę, Macedonię, Słowację, Czechy, trochę Austrię.

Moim największym  osiągnięciem jest przejechanie w 2018 roku w trzy tygodnie  trasy Spiti – Ladakh w Indyjskich Himalajach  i wjechanie rowerem w Himalajach  na wysokość 5.350 metrów n.p.m.

Podróżuje z polskimi i angielskimi firmami specjalizującymi się w organizowaniu wyjazdów rowerowych. Podróże zmusiły mnie do nauczenia się od podstaw języka angielskiego – jestem w stanie dość swobodnie rozmawiać po angielsku.

Uwielbiam wszelkiego rodzaju zawody:  triathlony, duathlony, zawody MTB i  szosowe. 

Ukończyłam  fantastyczne  zawody triathlonowe  IXTERRA w Krakowie na dystansie ¼ IM, mam też  za sobą już trzy „połówki”. 

Uwielbiam startować w zawodach rangi Mistrzostw  Polski, gdzie ze względu na brak konkurentek w mojej kategorii wiekowej zdobywam prawie zawsze złoty medal.

TŁ: Ile teraz trenujesz?

BK: Dzień mam dość szczelnie wypełniony. Trenują teraz, zimą, 10-12  godzin  tygodniowo: basen, bieganie, rower, zajęcia ogólnorozwojowe. Wiosną  będzie to już około  12-15, gdyż  dojdą dłuższe jazdy w terenie.  Poza tym uczę się  codziennie  angielskiego  i codziennie staram się  czytać. No i pracuję  na pełen etat, bo sport i podróże są kosztowne.  Bardzo lubię swoje  treningi, są dla mnie odpoczynkiem i wspaniałym  relaksem, mimo, że naprawdę często dostaję porządny opieprz i często jestem bardzo, bardzo zmęczona i obolała.

TŁ: Jakie masz cele na ten rok?

BK: Na ten rok nic specjalnego.Ponieważ  kilka lat temu, dokładnie w dzień swoich 60 urodzin ukończyłam, trochę po wariacku, ale żywa,  pierwszą w swoim życiu  „połówkę” ,  to  wymyśliłam sobie, że uczczę moje 65 urodziny w 2021 roku  debiutując na  dystansie  IM.  Padło na Hamburg 2021, bo  w  Hamburgu mam szansę (jeżeli szczęście mi  dopisze, czytaj: “nie będzie wielu rywalek w mojej kategorii  wiekowej”)  65-70  zrobić slota na Hawaje. I to byłby  mój urodzinowy BIG BANG. 

 W  roku 2020 , czyli roku poprzedzającym   IM  systematycznie  trenuję już  od  stycznia   i  dopracowuję  dietę. Muszę schudnąć ze  4-5 kg, co nie  jest łatwe.  Żadnych wyjazdów rowerowych  do sierpnia, tylko treningi  i  starty co dwa tygodnie: półmaraton Pabianice i  DOZ,  duathlon łódzki,  mój ulubiony Duathlon w Czempiniu i MP na dystansie 10-60-10,   potem Płock ¼,   zawody rowerowe Jastrzębi Łaskich 76 km albo 144 km, Ślesin  1/4. No  i  oczywiście    Mistrzostwa   Polski    1/8 Blachownia ,  ½ IM Poznań .

W  sierpni planuję  (jestem w trakcie organizacji)  reset umysłu czyli samodzielną wyprawę rowerową,  z plecakiem, na ponad 3 tygodnie  do Malawi. To taki mało znany  kraj w Afryce.  Trudna jest logistyka tego wyjazdu, bo lecę sama z Polski z  rowerem. Muszę się  spakować na 17 dni  rowerowe tak, aby wszystko, czyli plecak, ubrania,  leki, garmin, ładowarka, power bank,  krem p. słoneczny, środki p. malaryczne (teren mocno “komarzasty”) ważyło mniej niż 10 kg, bo więcej po prostu nie  uciągnę na grzbiecie.

 Jeszcze  jeden cały dzień będzie  koniu  i dwa dni kajakiem na bezludną wyspę. 

 Potem  planuję wejście z przewodnikiem na szczyt Sapitwa o wysokości 3002  m n.p.m w Mlanje Mountains. Są to fascynujące, bezludne niemalże góry.  Nie  wysoko, ale konieczny jest ekwipunek górski: buty trekkingowe, śpiwór, odpowiednie ubranie. 

Szacuję,  że cały   bagaż ( box + rower, ubrania  itp. ) to będzie ok.  45 kg.

 Taki odpoczynek  sobie wymyśliłam.  Jak to przeżyję  to IM będzie już drobiazgiem.

Wracam – mam nadzieję w komplecie i żywa – z Malawi  i od października  2020   już bardzo solidnie rozpoczynam dziesięciomiesięczne  przygotowania do IM w Hamburgu na 2021.

TŁ: A jakie jest Twoje marzenie sportowe?

BK: No, Im w Hamburgu i slot na Hawaje.  Chciałabym jeszcze dodać , że wydaje mi się, że sławne powiedzenie MKona: jebać talent tylko praca jest chyba idealnie o  mnie i dla mnie,  bo talentu sportowego nie  mam i nie  będę mieć, ale systematycznością i zapałem można naprawdę w sporcie amatorskim w dość sędziwym wieku jeszcze się jakoś sprawdzać.  I mieć z tego wielka frajdę.

TŁ: Trzymamy za Ciebie kciuki Basiu! Powodzenia!