Na koniec tego sezonu czekała na mnie nie lada gratka
– wyjazd na Ironman 70.3 World Championship do RPA. Zawody odbyły się w Port
Elizabeth, 1 września miał miejsce wyścig pań a 2 września z taką samą trasą w
zupełnie innych warunkach pogodowych zmierzyli się panowie.

Na miejsce dotarłam w środę
późnym wieczorem. Oczywiście pierwsze co zrobiłam to złożyłam rower żeby był
gotowy na czwartkowy poranny objazd trasy. Na miejscu startu wspólnego treningu
zebrało się kilkuset triathlonistów. Policja wyprowadziła całą grupę z miasta a
dalej wszyscy rozjechali się już swoim tempem. Choć zakładkę na ten dzień
trener zaplanował na 40min roweru + 20min biegu…wyszło mi zupełnie inaczej
jeśli chodzi o pierwszy element – 2,5h roweru ale że nic w przyrodzie nie ginie
to na piątkowe pływanie zaspałam. Czwartek był też dniem odbioru pakietu
startowego, gdzie nie tylko fotograf robił każdemu zdjęcie ale także należało
zostawić odciski palców! Co ciekawe, organizator obiecał wysyłkę na adres
domowy plecaków z pakietu startowego gdyż te, które otrzymaliśmy na miejscu
miały popsute suwaki. Przedstartowy piątek był dla mnie czasem jedzenia,
leżenia i odstawienia roweru i worków do strefy. Niby nic a jednak w kraju,
który uchodzi za niebezpieczny pojawiły się pewne komplikacje. Podczas dojazdu
rowerem do strefy zmian z miejsca zakwaterowania, odcinek około 5km, pewna
kobieta zatrzymała się, otworzyła szybę i przestrzegała przed wjazdem w tamte
rejony przez które miałam zamiar przejechać. Zignorowałam jej słowa i
wjechałam, po chwili wiedziałam o czym mówiła. W dodatku Ewa, triathlonistka z
którą jechałam miała na wierzchu telefon. Złamałyśmy wszystkie zasady ale na szczęście
uszło nam to na sucho jednak adrenalina na wysokim poziomie zagościła w naszych
organizmach,

 

Sobota, pobudka o 6.
Standardowe śniadanie, tatuaże z numerem startowym i wszystkie inne poranne
czynności. Strefa zmian otwarta do 7:30 a start mojej fali (11 z 12) dopiero
8:49. Pierwsze na trasę ruszyły zawodniczki PRO przy praktycznie bezwietrznej
pogodzie. Z czasem wiatr się wzmagał. Na plaży było bezchmurnie i słonecznie.
Każda kategoria wiekowa startowała oddzielnie a wśród jej zawodników odbywał
się rolling start z plaży, z krótkim dobiegiem do wody. Na wejściu do wody były
do pokonania a najlepiej przeskoczenia trzy większe fale a dalej ocean już w
miarę spokojny. Woda słona i zimna, według oficjalnego pomiaru miała niewiele
ponad 15 stopni. O jej walorach smakowych przekonałam się niezwykle szybko,
oczywiście zaraz po zetknięciu z wodą już się jej napiłam…standardowo.
Wystartowałam mniej więcej w połowie swojej grupy wiekowej. Choć znosiło trochę
na bok nie miałam problemów z nawigacją. Bojki były bardzo widoczne. Niestety
nie udało mi się złapać żadnych nóg gdyż właściwie ciągle przesuwałam się do
przodu względem zawodniczek, które wystartowały przede mną. Wydawało mi się, że
gnam jak szalona! Jak nigdy wcześniej! Ba, już nawet zaczęłam mijać dwa kolory
czepków, które przypisane były wcześniejszym falom. W głowie nuciłam sobie jak
na każdym starcie „Don’t stop me now” Queen’sów. Wyjście z wody i dobieg po
plaży do strefy trochę mnie spowolniły. Ze względu na słabe przyłożenie się do
zadania z cieniowania zapadałam się w piasek. No ale jakoś to poszło.
Oczywiście jak się później okazało mój czas pływania nie był jakiś kosmicznie
dobry jak to mi się w wodzie wydawało. 31:13 i 27 miejsce w kategorii po 1
etapie. Skorzystałam z pomocy zdejmowaczy pianek ustawionych na wejściu do
strefy, którzy robili świetną robotę. Dalej niestety średnio sprawna zmiana i
skok na rower. Tutaj czułam się bardzo dobrze. Od początku jechałam mocno i
cały czas wyprzedzałam. Przez 90km żaden rower nie wysunął się przede mnie z
tyłu. Trasa okazało się dużo bardziej wymagająca niż się wydawało. Warunki
pogodowe także zupełnie inne niż w mieście. Było wietrznie, pochmurno i
mgliście. Jakość asfaltu dawała ciągłe drganie i hałas a profil trasy nie miał
za dużo wspólnego z jej faktycznym przebiegiem. Oprócz pierwszego podjazdu w
dalszej części znalazły się kolejne i to wcale nie mniejsze – wręcz przeciwnie.
Do nawrotki jechało się pod wiatr a na powrocie dzięki sprzyjającemu kierunkowi
prędkości były już znacznie wyższe. Na zjazdach kilka razy trochę mnie
zarzuciło ze względu na boczne podmuchy i przednie koło o wysokim stożku a
także dysk ale za każdym razem sytuacja została opanowana. Po etapie kolarskim
zjechałam do strefy jako 8 w kategorii (na 67, które ukończyły wyścig) i 63
kobieta (na około 1300, które przekroczyły linię mety). Długa strefa zmian,
której plusem był fakt, że wolontariusze odbierali rowery ale naprawdę trzeba
było się nabiegać. Na etapie biegowym czekały na nas dwie pętle a na każdej dwa
podbiegi. Oczywiście w mieście było nadal słonecznie a wręcz na samym biegu
gorąco ze względu na około południowy czas. 1/3 dystansu pokonałam zakładanym
tempem i po tych 7 kilometrach można byłoby rzec „dobrze żarło ale zdechło”.
Pozostały odcinek pokonałam znacznie wolniej, kawałkami marszem ze strasznym
bólem brzucha, który w pewnym momencie powodował że ledwo odrywałam nogi od
ziemi. W głowie marzyłam żeby tylko dotrzeć do mety. Podobne dolegliwości
doskwierały mi również w ostatnim czasie przed wylotem do RPA i zakłócały
niektóre treningi biegowe. Szkoda, że przeszkodziło mi to również w tamtym
momencie. Koniec końców cały wysiłek podjęty tamtego dnia wystarczył na 14
miejsce w kategorii wiekowej i 135 wśród wszystkich kobiet. Dałam z siebie
wszystko co mogłam a utrzymujący się przez kolejne 3 dni ból nóg jakiego
jeszcze nigdy nie miałam pokazał mi tylko, że było mocno.

Niedzielę poświęciłam na
kibicowanie chłopakom, którzy dzielnie walczyli z deszczem na trasie a także na
bankiet podsumowujący zawody. Całe wydarzenie oceniam bardzo dobrze. Myślę, że
niczego nie brakowało a atmosfera jaką tworzą zawodnicy z całego świata była
niepowtarzalna. Był to ostatni start w moim sezonie. Kolejny tydzień
poświęciłam na zwiedzanie pięknego kraju jakim jest RPA a także bliskie
spotkania z dzikimi zwierzętami jakie można tam spotkać. Wspaniała przygoda!